Florentynki to małe ciasteczka o owalnym kształcie, przygotowywane z bakalii, najczęściej z migdałów lub orzechów. Jak sama nazwa wskazuje pochodzą w Florencji. Pysznie smakują, jako małe co nieco do popołudniowej kawy. Polecam florentynki bez pieczenia, przygotowane z czekolady i udekorowane ulubionymi dodatkami. Możemy użyć każdego rodzaju czekolady, ważne żeby była to czekolada dobrej jakości. Jako fanka gorzkiej czekolady, najczęściej właśnie z niej przygotowuję florentynki. Jeśli chodzi o dodatki, to często się zmieniają w zależności od tego co akurat mam pod ręką. W tej sprawie każdy może popuścić wodze fantazji.
Przepis:
Tabliczka gorzkiej czekolady (10 dag)
1/4 kostki masła (5 dag)
Wiórki kokosowe
Żurawina suszona
Kawałki czekolady i kawałki masła wkładamy do naczynia żaroodpornego,stawiamy na garnku z gotującą się wodą i mieszamy, czyli rozpuszczamy w kąpieli wodnej. Ważne, żeby naczynie nie stykało się z wodą, bo wtedy czekolada za szybko się rozpuści i zrobią się grudki. Kiedy powstanie jednolita masa, zdejmujemy naczynie i czekamy chwilkę, aż masa trochę ostygnie. Blaszkę lub inną płaską powierzchnię wykładamy papierem do pieczenia, na papierze łyżką nakładamy czekoladę, tak aby powstały płaskie ciasteczka o owalnym kształcie. Na każdym ciasteczku układamy po kilka żurawin i opruszamy wiórkami kokosowymi. Wyglądają pięknie. Teraz najtrudniejszy etap, czyli czekanie, aż czekolada całkiem zastygnie.
Finał: siadamy wygodnie i delektujemy się wspaniałym połączeniem gorzkiej czekolady ze słodko-kwaśnym smakiem żurawiny i delikatną nutką kokosową. Uwaga, łatwo się uzależnić
Smacznego :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deser. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą deser. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 26 sierpnia 2014
środa, 20 sierpnia 2014
KRUCHE CIASTECZKA PACHNĄCE LAWENDĄ
Lawenda kojarzy się z pięknym fioletowym kolorem kwiatów i delikatnym zapachem. Najczęściej używana jest w formie olejku, jako dodatek do kosmetyków, albo w postaci suszonych kwiatów, jako odświeżacz w naszych szafach. Ale to nie jedyne możliwości lawendy, jest także bardzo cenionym dodatkiem w kuchni, zarówno do dań mięsnych, jak też do ciast i deserów. Napar z jej kwiatów łagodzi stany napięcia nerwowego oraz dolegliwości pokarmowe.
Moje kruche ciasteczka wzbogacę aromatem lawendy :)
Przepis:
1 szklanka mąki
6 łyżek cukru
1/2 kostki masła
1 łyżka zimnej wody
1 łyżka suszonych kwiatów lawendy
Mąkę mieszamy z lawendą, cukrem i zagniatamy z masłem, dodając łyżkę zimnej wody (ja ułatwiam sobie pracę malakserem). Ciasto owijamy folią spożywczą i wkładamy na godzinę do lodówki. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Wyjmujemy ciasto, wałkujemy przez folię na grubość 5 mm, wykrawamy ciasteczka i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika i pieczemy 12 - 15 minut. Wyjmujemy i czekamy, aż wystygną.
Smakują i pachną przepięknie lawendowo. Polecam z popołudniową kawą :)
Smacznego :)
Moje kruche ciasteczka wzbogacę aromatem lawendy :)
Przepis:
1 szklanka mąki
6 łyżek cukru
1/2 kostki masła
1 łyżka zimnej wody
1 łyżka suszonych kwiatów lawendy
Mąkę mieszamy z lawendą, cukrem i zagniatamy z masłem, dodając łyżkę zimnej wody (ja ułatwiam sobie pracę malakserem). Ciasto owijamy folią spożywczą i wkładamy na godzinę do lodówki. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Wyjmujemy ciasto, wałkujemy przez folię na grubość 5 mm, wykrawamy ciasteczka i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wkładamy do piekarnika i pieczemy 12 - 15 minut. Wyjmujemy i czekamy, aż wystygną.
Smakują i pachną przepięknie lawendowo. Polecam z popołudniową kawą :)
Smacznego :)
niedziela, 17 sierpnia 2014
KARCZMA RZYM
Tym razem podczas wycieczki po Małopolsce skupiamy szczególną uwagę na zabytkach architektury drewnianej. Okazuje się, że jest ich ponad 200, co wydaje się liczbą imponującą biorąc pod uwagę z jednej strony zabory, wojny, pożary, przemarsze obcych wojsk, a z drugiej materiał tak nietrwały, jak drewno.
Pierwszy przystanek to Sucha Beskidzka i sławna drewniana Karczma RZYM. Powstała na początku XVIII wieku, przy skrzyżowaniu dróg, gdzie odbywały się targi i jarmarki. Jest to parterowa budowla o konstrukcji zrębowej, częściowo na kamiennym podmurowaniu. Karczma pokryta jest czterospadowym, gontowym dachem z kalenicą. Zbudowana jest na planie prostokąta o wymiarach 27 × 19,3 m. W osi budynku znajduje się sień (dawniej przejazdowa, prowadząca do stanu mieszczącego wozownię dla podróżnych), po bokach której znajdują się pomieszczenia karczemne. Wewnątrz pułapy belkowane. Z przodu budowli znajdują się podcienia, ogrodzone drewnianą ażurową balustradą.
Nazwa karczmy nawiązuje do legendy o Panu Twardowskim, który w karczmie „Rzym” miał się spotkać z Mefistofelesem. Nazwa ta została jednak nadana dopiero po II wojnie światowej.
Chcąc posilić się przed dalszą drogą, wybieramy żurek suski. W smaku nie różni się od innych żurków, oprócz jednej cechy, zamiast kiełbasy zawiera kawałki pokrojonej w paseczki gotowanej szynki.
Oprócz karczmy Sucha Beskidzka słynie także z pięknego zamku renesansowego, zwanego małym Wawelem. Porównanie do Wawelu jest troszkę na wyrost, ale nie można budowli odmówić uroku. Szkoda, że na dziedzińcu parkują samochody, które psują widok :(
Kościół drewniany z XVII wieku w Barwałdzie Dolnym wygląda niepozornie, ale został zachowany w świetnym stanie.
Wnętrze zaskakuje wieloma ozdobnymi dekoracjami.
Krótki przystanek w Wadowicach na uroczym, choć tłocznym rynku.
Oczywiście będąc w Wadowicach nie można nie spróbować słynnych papieskich kremówek, tym bardziej, że serwuje się je we wszystkich kawiarniach na rynku. Minam, rzeczywiście zasługują na swoją sławę :)
Ostatnim celem jest Lanckorona, małe miasteczko ze świetnie zachowaną zabudową drewnianą z połowy XIX wieku. Bardzo miło pospacerować brukowanymi uliczkami, wzdłuż których stoją w szeregu piękne drewniane domki.
Budynek muzeum regionalnego.
Pierwszy przystanek to Sucha Beskidzka i sławna drewniana Karczma RZYM. Powstała na początku XVIII wieku, przy skrzyżowaniu dróg, gdzie odbywały się targi i jarmarki. Jest to parterowa budowla o konstrukcji zrębowej, częściowo na kamiennym podmurowaniu. Karczma pokryta jest czterospadowym, gontowym dachem z kalenicą. Zbudowana jest na planie prostokąta o wymiarach 27 × 19,3 m. W osi budynku znajduje się sień (dawniej przejazdowa, prowadząca do stanu mieszczącego wozownię dla podróżnych), po bokach której znajdują się pomieszczenia karczemne. Wewnątrz pułapy belkowane. Z przodu budowli znajdują się podcienia, ogrodzone drewnianą ażurową balustradą.
Nazwa karczmy nawiązuje do legendy o Panu Twardowskim, który w karczmie „Rzym” miał się spotkać z Mefistofelesem. Nazwa ta została jednak nadana dopiero po II wojnie światowej.
Chcąc posilić się przed dalszą drogą, wybieramy żurek suski. W smaku nie różni się od innych żurków, oprócz jednej cechy, zamiast kiełbasy zawiera kawałki pokrojonej w paseczki gotowanej szynki.
Oprócz karczmy Sucha Beskidzka słynie także z pięknego zamku renesansowego, zwanego małym Wawelem. Porównanie do Wawelu jest troszkę na wyrost, ale nie można budowli odmówić uroku. Szkoda, że na dziedzińcu parkują samochody, które psują widok :(
Kościół drewniany z XVII wieku w Barwałdzie Dolnym wygląda niepozornie, ale został zachowany w świetnym stanie.
Wnętrze zaskakuje wieloma ozdobnymi dekoracjami.
Krótki przystanek w Wadowicach na uroczym, choć tłocznym rynku.
Oczywiście będąc w Wadowicach nie można nie spróbować słynnych papieskich kremówek, tym bardziej, że serwuje się je we wszystkich kawiarniach na rynku. Minam, rzeczywiście zasługują na swoją sławę :)
Ostatnim celem jest Lanckorona, małe miasteczko ze świetnie zachowaną zabudową drewnianą z połowy XIX wieku. Bardzo miło pospacerować brukowanymi uliczkami, wzdłuż których stoją w szeregu piękne drewniane domki.
Budynek muzeum regionalnego.
środa, 30 lipca 2014
KRAKOWSKI KAZIMIERZ - CYMES
Kolejny raz spędzamy weekend w Krakowie. Tym razem decydujemy się na dłuższy spacer, ale nie po starówce o tej porze roku zatłoczonej niemiłosiernie przez gromady turystów. Przechodzimy obok górującego nad miastem Wawelu i dalej bulwarem nad Wisłą.
Kierujemy się w stronę krakowskiego Kazimierza, przed wielu laty dzielnicy żydowskiej. Konikowi dajemy odpocząć :)
Kazimierz wygląda trochę, jak ubogi krewny krakowskiej starówki. Kamienice są mniej reprezentacyjne, a często stęsknione remontu od wielu lat, ulice wybrukowane "kocimi łbami". Ale i tu można znaleźć ciekawe zabytki i urocze zakątki.
Budynek najstarszej synagogi w Polsce wybudowany w XV wieku i przebudowany po pożarze w XVI wieku. Obecnie mieści się tu bardzo interesujące muzeum, związane z historią i zwyczajami Żydów.
Wśród wąskich uliczek wyróżnia się ulica Szeroka, jak sama nazwa wskazuje jest szeroka, ale niestety bardzo krótka. Urody dodają jej liczne restauracje i kawiarnie, także z lodami.
Oprócz zwiedzania wielu ciekawych zabytków pełnych pamiątek z przeszłości, czas można też miło spędzić w nowoczesnych, a jednocześnie klimatycznych miejscach, np. w takich fikuśnych fotelach.
Niektóre budynki zyskały zupełnie nowe oblicze, dzięki sztuce ulicznej :)
Moje ulubione dzieło :)
Nie mogło zabraknąć ciekawskiego kotka, gdy tyle się dzieje za oknem :)
Oczywiście nie może zabraknąć kuchni żydowskiej. Cymes, to słowo, które zawsze kojarzyło mi się z czymś smacznym. I tak też jest, to wspólna nazwa kilku potraw żydowskich, które najczęściej podaje się jako rodzaj deseru. Cymesem w środkowej i wschodniej Polsce najczęściej nazywano potrawę, która jest rodzajem słodkiego gulaszu, najczęściej zawierającego w swoim składzie podsmażaną marchewkę. Cymes ma zazwyczaj barwę pomarańczową lub czerwoną i jest zawsze słodki. Istnieją rodzaje cymesu, które są daniem głównym i zawierają mięso oraz rodzaje które zawierają tylko warzywa i owoce i są podawane jako deser.
Przepis na "Cymes z marchwi" z blogu "kultura żydowska"
Składniki:
-Marchew - 60 dag
-Rodzynki -15 dag
-Cukier -10dag
-Miód - 10 dag
-Cynamon do smaku
Sposób przygotowania:
Oczyszczoną i opłukaną marchew kroimy w kostkę i gotujemy w małej ilości wody z dodatkiem cukru. Gdy marchew stanie się na wpół miękka (po około 15 min) dodajemy rodzynki oraz miód i gotujemy do miękkości i zagęszczenia (około 15 min). Dodajemy cynamon do smaku. Ja przygotowałam z połowy składników, czyli 2 duże porcje lub 3 małe.
Bardzo słodki prosty deser :)
Smacznego :)
Kierujemy się w stronę krakowskiego Kazimierza, przed wielu laty dzielnicy żydowskiej. Konikowi dajemy odpocząć :)
Kazimierz wygląda trochę, jak ubogi krewny krakowskiej starówki. Kamienice są mniej reprezentacyjne, a często stęsknione remontu od wielu lat, ulice wybrukowane "kocimi łbami". Ale i tu można znaleźć ciekawe zabytki i urocze zakątki.
Budynek najstarszej synagogi w Polsce wybudowany w XV wieku i przebudowany po pożarze w XVI wieku. Obecnie mieści się tu bardzo interesujące muzeum, związane z historią i zwyczajami Żydów.
Wśród wąskich uliczek wyróżnia się ulica Szeroka, jak sama nazwa wskazuje jest szeroka, ale niestety bardzo krótka. Urody dodają jej liczne restauracje i kawiarnie, także z lodami.
Oprócz zwiedzania wielu ciekawych zabytków pełnych pamiątek z przeszłości, czas można też miło spędzić w nowoczesnych, a jednocześnie klimatycznych miejscach, np. w takich fikuśnych fotelach.
Niektóre budynki zyskały zupełnie nowe oblicze, dzięki sztuce ulicznej :)
Moje ulubione dzieło :)
Nie mogło zabraknąć ciekawskiego kotka, gdy tyle się dzieje za oknem :)
Oczywiście nie może zabraknąć kuchni żydowskiej. Cymes, to słowo, które zawsze kojarzyło mi się z czymś smacznym. I tak też jest, to wspólna nazwa kilku potraw żydowskich, które najczęściej podaje się jako rodzaj deseru. Cymesem w środkowej i wschodniej Polsce najczęściej nazywano potrawę, która jest rodzajem słodkiego gulaszu, najczęściej zawierającego w swoim składzie podsmażaną marchewkę. Cymes ma zazwyczaj barwę pomarańczową lub czerwoną i jest zawsze słodki. Istnieją rodzaje cymesu, które są daniem głównym i zawierają mięso oraz rodzaje które zawierają tylko warzywa i owoce i są podawane jako deser.
Przepis na "Cymes z marchwi" z blogu "kultura żydowska"
Składniki:
-Marchew - 60 dag
-Rodzynki -15 dag
-Cukier -10dag
-Miód - 10 dag
-Cynamon do smaku
Sposób przygotowania:
Oczyszczoną i opłukaną marchew kroimy w kostkę i gotujemy w małej ilości wody z dodatkiem cukru. Gdy marchew stanie się na wpół miękka (po około 15 min) dodajemy rodzynki oraz miód i gotujemy do miękkości i zagęszczenia (około 15 min). Dodajemy cynamon do smaku. Ja przygotowałam z połowy składników, czyli 2 duże porcje lub 3 małe.
Bardzo słodki prosty deser :)
Smacznego :)
niedziela, 27 lipca 2014
SŁONECZNE PALUSZKI
Mamałyga, czyli narodowa rumuńska potrawa z mąki albo kaszy kukurydzianej popularna jest także w innych krajach południowo-wschodniej Europy, m.in. w kuchni węgierskiej, siedmiogrodzkiej, bułgarskiej i ukraińskiej. Odmianą mamałygi popularną w północnych Włoszech jest polenta.
Mnie urzeka jej złoty kolor, przypominający słońce na talerzu. Najczęściej jest podawana jako dodatek do mięsa lub sosu. Proponuję trochę inne pomysły, czyli kaszkę kukurydzianą w formie przekąski i w formie deseru.
Przepis podstawowy:
1 szklanka kaszki kukurydzianej
3 szklanki wody
1/2 łyżeczki soli
łyżeczka masła
W garnku lub rondlu (najlepiej z powłoką teflonową) zagotowujemy osoloną wodę, wrzucamy bardzo powoli kaszę, cały czas energicznie mieszając, żeby nie powstały grudki. Gotujemy 30 minut na małym ogniu często mieszając. Na koniec dodajemy łyżeczkę masła. Jeśli chcemy przygotować wersję słoną dodajemy ulubione przyprawy i zioła, np. oregano. Jeśli chcemy przygotować wersję słodką dodajemy 1/2 łyżeczki cukru.
Kaszę zdejmujemy z ognia i czekamy kilka minut, żeby ostygła. Foremkę wykładamy papierem do pieczenia, co ułatwi nam wyjęcie kaszy z formy.
Przekładamy kaszę do foremki, czekamy, aż całkiem ostygnie.
Przekładamy kaszę na deskę i kroimy na kawałki o szerokości około 3 cm.
Na patelni (najlepiej z powłoką teflonową) rozgrzewamy łyżkę masła lub oliwy i smażymy paluszki z mamałygi na złoto-brązowo z obu stron.
Paluszki przekładamy na talerze. Do mamałygi w wersji słonej dodajemy na wierzch łyżkę twarogu, np. z koziego mleka i podsmażoną na patelni cebulę oraz małe pomidorki koktajlowe (lub inne ulubione dodatki). Skrapiamy delikatnie oliwą i octem balsamicznym.
Do mamałygi w wersji słodkiej dodajemy na wierzch łyżkę twarożku lub bitej śmietany, ulubione owoce (ja dodałam brzoskwinię) i skrapiamy miodem.
Słońce na talerzu - poprawia humor nawet w pochmurny dzień :)
Smacznego :)
Mnie urzeka jej złoty kolor, przypominający słońce na talerzu. Najczęściej jest podawana jako dodatek do mięsa lub sosu. Proponuję trochę inne pomysły, czyli kaszkę kukurydzianą w formie przekąski i w formie deseru.
Przepis podstawowy:
1 szklanka kaszki kukurydzianej
3 szklanki wody
1/2 łyżeczki soli
łyżeczka masła
W garnku lub rondlu (najlepiej z powłoką teflonową) zagotowujemy osoloną wodę, wrzucamy bardzo powoli kaszę, cały czas energicznie mieszając, żeby nie powstały grudki. Gotujemy 30 minut na małym ogniu często mieszając. Na koniec dodajemy łyżeczkę masła. Jeśli chcemy przygotować wersję słoną dodajemy ulubione przyprawy i zioła, np. oregano. Jeśli chcemy przygotować wersję słodką dodajemy 1/2 łyżeczki cukru.
Kaszę zdejmujemy z ognia i czekamy kilka minut, żeby ostygła. Foremkę wykładamy papierem do pieczenia, co ułatwi nam wyjęcie kaszy z formy.
Przekładamy kaszę do foremki, czekamy, aż całkiem ostygnie.
Przekładamy kaszę na deskę i kroimy na kawałki o szerokości około 3 cm.
Na patelni (najlepiej z powłoką teflonową) rozgrzewamy łyżkę masła lub oliwy i smażymy paluszki z mamałygi na złoto-brązowo z obu stron.
Paluszki przekładamy na talerze. Do mamałygi w wersji słonej dodajemy na wierzch łyżkę twarogu, np. z koziego mleka i podsmażoną na patelni cebulę oraz małe pomidorki koktajlowe (lub inne ulubione dodatki). Skrapiamy delikatnie oliwą i octem balsamicznym.
Do mamałygi w wersji słodkiej dodajemy na wierzch łyżkę twarożku lub bitej śmietany, ulubione owoce (ja dodałam brzoskwinię) i skrapiamy miodem.
Słońce na talerzu - poprawia humor nawet w pochmurny dzień :)
Smacznego :)
niedziela, 20 lipca 2014
TRUFELKI MARCEPANOWE
Popularne powiedzenie mówi, że jeśli coś jest przyjemne lub smaczne, to jest albo nielegalne, albo tuczące. Tego poglądu na szczęście nie można zastosować do migdałów. Nie dość, że są jednymi z najsmaczniejszych bakalii, to jeszcze zawierają wiele drogocennych, korzystnie oddziałujących na zdrowie składników. Są bardzo dobrym źródłem łatwo przyswajalnego białka, zawierają także dużo wapnia.Znajdziemy w nich również witaminę E - substancję młodości, która chroni przed niekorzystnym wpływem wolnych rodników, wzmacnia ściany naczyń krwionośnych, co chroni przed chorobami układu krwionośnego; witaminę B2, odpowiedzialną za prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego i narządów wzroku; istotne mikroelementy, jak cynk oraz magnez. Do tych wszystkich zalet warto dodać, że migdały ze względu na dużą zawartość błonnika nie są tuczące.
Jeśli chodzi o mnie, to najważniejszym plusem migdałów jest możliwość przygotowania z nich marcepanu. Przepis zainspirowany recepturą Lucyny Ćwierczakiewiczowej w książce „Jedyne praktyczne przepisy”.
Przepis:
szklanka startych migdałów
szklanka cukru pudru
30 ml wody różanej lub wody wymieszanej pół na pół z ulubionym likierem, np. amaretto
kakao do posypania
Ja użyłam kupionych startych migdałów, ale jeśli chcecie wykorzystać całe migdały, to należy je najpierw sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki, osuszyć i zmielić.
Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę. Włożyć do lodówki na 30 minut, następnie formować w palcach kulki wielkości trochę większej od orzecha laskowego, posypać kakao. Przed podaniem schłodzić w lodówce.
Trufelki znikają tak szybko, że lepiej od razu zrobić z podwójnej ilości składników:)
Smacznego :)
Jeśli chodzi o mnie, to najważniejszym plusem migdałów jest możliwość przygotowania z nich marcepanu. Przepis zainspirowany recepturą Lucyny Ćwierczakiewiczowej w książce „Jedyne praktyczne przepisy”.
Przepis:
szklanka startych migdałów
szklanka cukru pudru
30 ml wody różanej lub wody wymieszanej pół na pół z ulubionym likierem, np. amaretto
kakao do posypania
Ja użyłam kupionych startych migdałów, ale jeśli chcecie wykorzystać całe migdały, to należy je najpierw sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki, osuszyć i zmielić.
Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę. Włożyć do lodówki na 30 minut, następnie formować w palcach kulki wielkości trochę większej od orzecha laskowego, posypać kakao. Przed podaniem schłodzić w lodówce.
Trufelki znikają tak szybko, że lepiej od razu zrobić z podwójnej ilości składników:)
Smacznego :)
wtorek, 15 lipca 2014
SZARLOTKA
Szarlotka to jedno z moich ulubionych ciast. Kojarzy mi się z jesienią, bo wtedy pojawiają się szare renety, czyli najlepsze jabłka na szarlotkę. Nazwa "Reneta" pochodzi z francuskiego reinette (prawdopodobnie w znaczeniu Królowa Jabłek). Jest to stara grupa odmian uprawnych jabłoni domowej. Owoce nie są piękne, najczęściej mają zielono-rdzawą skórkę, ale dzięki temu, że są twarde, charakteryzują się winno-kwaskowatym smakiem i aromatem, doskonale pasują do ciast.
Na szczęście możemy upiec szarlotkę używając innych jabłek, ważne żeby były twarde.
Przepis to mix receptury podanej przez autorkę „Kuchni polskiej” Marzennę Kasprzycką, porad, dotyczących ciast autorstwa Lucyny Ćwierczakiewiczowej w książce „Jedyne praktyczne przepisy” oraz trochę moich doświadczeń.
Przepis:
na formę o średnicy 23 cm
na kruche ciasto;
2 szklanki mąki
1/3 szklanki cukru pudru
1 kostka masła, do ciasta bez jednej łyżki, którą zużyjemy do posmarowania formy
3 żółtka
1 łyżka śmietany (opcjonalnie)
2 łyżki bułki tartej
na nadzienie:
3 duże twarde jabłka
1 łyżka wody
1/3 szklanki cukru
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżka mąki
2 łyżki soku z cytryny
Mąkę i cukier puder przesiewamy do miski, dodajemy zimne masło pokrojone na małe kawałki i zagniatamy, żeby powstały duże grudki (ja używam do przygotowania ciasta malaksera, co ułatwia pracę). Do masy dodajemy żółtka, śmietanę, szczyptę soli i wyrabiamy ciasto. 2/3 ciasta kładziemy na kawałku folii spożywczej, spłaszczamy i przykrywamy drugim kawałkiem folii (łatwiej będzie je później rozwałkować). 1/3 ciasta owijamy osobnym kawałkiem folii spożywczej. Obie części ciasta wkładamy do lodówki na 2 godziny.
W tym czasie przygotowujemy nadzienie. Jabłka kroimy na ćwiartki, obieramy ze skórki i gniazd nasiennych. Każdą ćwiartkę kroimy na pół a następnie na plasterki. Pokrojone wkładamy do rondla, dodajemy łyżkę wody, posypujemy cukrem i cynamonem, a następnie przykrywamy i dusimy na małym ogniu 15 minut, bez mieszania tylko potrząsając od czasu do czasu naczyniem. Zdejmujemy pokrywkę posypujemy jabłka łyżką mąki, delikatnie mieszamy, dodajemy sok z cytryny, mieszamy ostatni raz. Odstawiamy z ognia, żeby jabłka wystygły.
Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Wyjmujemy z lodówki część ciasta (2/3) i przez folię rozwałkowujemy cienko, do takiej wielkości, żeby pasowało do formy i pokryło dno plus około 2 cm brzegu. Formę smarujemy łyżką masła i posypujemy łyżką bułki tartej. Ciasto wyjmujemy z folii i przekładamy do formy.
Rozwałkowane ciasto wkładamy do formy, pokrywając dno i brzeg do wysokości 2 cm. Nakłuwamy ciasto widelcem i wstawiamy do piekarnika na 8 - 10 minut.
Wyjmujemy ciasto z piekarnika. Czekamy około 15 minut, żeby trochę ostygło, posypujemy 1 łyżką bułki tartej, wykładamy nadzienie.
Wyjmujemy z lodówki drugą część ciasta (1/3), odwijamy z folii i ścieramy na tarce o grubych otworach na nadzienie. Obniżamy temperaturę piekarnika do 180 stopni, wstawiamy ciasto i pieczemy około 45 minut.
Wyjmujemy ciasto z piekarnika, czekamy, aż ostygnie, posypujemy cukrem pudrem, tak jak lubimy i możemy zajadać.
Smacznego :)
Na szczęście możemy upiec szarlotkę używając innych jabłek, ważne żeby były twarde.
Przepis to mix receptury podanej przez autorkę „Kuchni polskiej” Marzennę Kasprzycką, porad, dotyczących ciast autorstwa Lucyny Ćwierczakiewiczowej w książce „Jedyne praktyczne przepisy” oraz trochę moich doświadczeń.
Przepis:
na formę o średnicy 23 cm
na kruche ciasto;
2 szklanki mąki
1/3 szklanki cukru pudru
1 kostka masła, do ciasta bez jednej łyżki, którą zużyjemy do posmarowania formy
3 żółtka
1 łyżka śmietany (opcjonalnie)
2 łyżki bułki tartej
na nadzienie:
3 duże twarde jabłka
1 łyżka wody
1/3 szklanki cukru
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżka mąki
2 łyżki soku z cytryny
Mąkę i cukier puder przesiewamy do miski, dodajemy zimne masło pokrojone na małe kawałki i zagniatamy, żeby powstały duże grudki (ja używam do przygotowania ciasta malaksera, co ułatwia pracę). Do masy dodajemy żółtka, śmietanę, szczyptę soli i wyrabiamy ciasto. 2/3 ciasta kładziemy na kawałku folii spożywczej, spłaszczamy i przykrywamy drugim kawałkiem folii (łatwiej będzie je później rozwałkować). 1/3 ciasta owijamy osobnym kawałkiem folii spożywczej. Obie części ciasta wkładamy do lodówki na 2 godziny.
W tym czasie przygotowujemy nadzienie. Jabłka kroimy na ćwiartki, obieramy ze skórki i gniazd nasiennych. Każdą ćwiartkę kroimy na pół a następnie na plasterki. Pokrojone wkładamy do rondla, dodajemy łyżkę wody, posypujemy cukrem i cynamonem, a następnie przykrywamy i dusimy na małym ogniu 15 minut, bez mieszania tylko potrząsając od czasu do czasu naczyniem. Zdejmujemy pokrywkę posypujemy jabłka łyżką mąki, delikatnie mieszamy, dodajemy sok z cytryny, mieszamy ostatni raz. Odstawiamy z ognia, żeby jabłka wystygły.
Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Wyjmujemy z lodówki część ciasta (2/3) i przez folię rozwałkowujemy cienko, do takiej wielkości, żeby pasowało do formy i pokryło dno plus około 2 cm brzegu. Formę smarujemy łyżką masła i posypujemy łyżką bułki tartej. Ciasto wyjmujemy z folii i przekładamy do formy.
Rozwałkowane ciasto wkładamy do formy, pokrywając dno i brzeg do wysokości 2 cm. Nakłuwamy ciasto widelcem i wstawiamy do piekarnika na 8 - 10 minut.
Wyjmujemy ciasto z piekarnika. Czekamy około 15 minut, żeby trochę ostygło, posypujemy 1 łyżką bułki tartej, wykładamy nadzienie.
Wyjmujemy z lodówki drugą część ciasta (1/3), odwijamy z folii i ścieramy na tarce o grubych otworach na nadzienie. Obniżamy temperaturę piekarnika do 180 stopni, wstawiamy ciasto i pieczemy około 45 minut.
Wyjmujemy ciasto z piekarnika, czekamy, aż ostygnie, posypujemy cukrem pudrem, tak jak lubimy i możemy zajadać.
Smacznego :)
poniedziałek, 7 lipca 2014
NALEŚNIKI Z SOSEM MALINOWYM
Naleśniki były daniem awaryjnym, gdy moje córki były małe i chciałam przygotować w ekspresowym tempie coś co lubią. Teraz mogę sobie pozwolić na poszukiwanie i próbowanie różnych wariantów znanych potraw i nie muszę już się spieszyć. Zainspirowana przez Lucynę Ćwierczakiewiczową i jej książkę "365 obiadów", przygotowałam naleśniki w oparciu o recepturę z połowy XIX wieku.
Przepis:
4 jajka
szklanka mąki
szklanka mleka (chudego) lub 1/2 szklanki tłustego mleka i 1/2 szklanki wody
łyżka klarowanego masła
szczypta soli
Cztery żółtka, pół łyżki masła, mąkę, mleko (mleko i woda) i sól rozrobić na ciasto. Ubić pianę z czterech białek, dodać do ciasta i delikatnie wymieszać.
Rozgrzać patelnię, posmarować masłem, wlać ciasto i energicznie obracać patelnię, aby ciasto się rozprowadziło na całej patelni. Smażyć na złoto z obu stron. W ten sposób usmażyć wszystkie naleśniki.
Maliny opłukać i zmiksować dodając cukier puder, według własnego smaku. Im kwaśniejsze maliny, tym więcej cukru.
Naleśniki są trochę grubsze, niż standardowe, wyszły bardzo pulchniutkie i mięciutkie. Najlepiej naleśnika złożyć na pół, polać sosem malinowym, usiąść wygodnie i zajadać.
Palce lizać :)
Przepis:
4 jajka
szklanka mąki
szklanka mleka (chudego) lub 1/2 szklanki tłustego mleka i 1/2 szklanki wody
łyżka klarowanego masła
szczypta soli
Cztery żółtka, pół łyżki masła, mąkę, mleko (mleko i woda) i sól rozrobić na ciasto. Ubić pianę z czterech białek, dodać do ciasta i delikatnie wymieszać.
Rozgrzać patelnię, posmarować masłem, wlać ciasto i energicznie obracać patelnię, aby ciasto się rozprowadziło na całej patelni. Smażyć na złoto z obu stron. W ten sposób usmażyć wszystkie naleśniki.
Maliny opłukać i zmiksować dodając cukier puder, według własnego smaku. Im kwaśniejsze maliny, tym więcej cukru.
Naleśniki są trochę grubsze, niż standardowe, wyszły bardzo pulchniutkie i mięciutkie. Najlepiej naleśnika złożyć na pół, polać sosem malinowym, usiąść wygodnie i zajadać.
Palce lizać :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































