Quiche prosto z pieca, sałata i butelka chłodnego, białego wina, to wspaniały lekki posiłek. Quiche możemy podać zarówno na obiad, jak też na kolację. Tradycyjnie jest to foremka z kruchego ciasta wypełniona sosem jajecznym z dodatkiem boczku. Przyrządza się szybko i trudno cokolwiek popsuć. Moja wersja zawiera oprócz boczku, cebulę i suszone pomidory, ale możemy dodać także inne składniki.
Przepis:
ciasto na blaszkę o średnicy 23 - 26 cm
1 szklanka mąki
1/2 kostki masła
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka zimnej wody
Nadzienie:
10dag boczku pokrojonego w kostkę
1 cebula
7 suszonych pomidorów w zalewie
2 jajka
1 szklanka gęstej śmietany
sól, pieprz
1 łyżeczka tymianku
Zagniatamy ciasto z podanych składników (ja pomagam sobie malakserem). Ciastem wyklejamy foremkę, nakłuwamy widelcem i wkładamy do lodówki na 1 godzinę.
W tym czasie przygotowujemy nadzienie. Na patelni podsmażamy boczek, gdy zbrązowieje dodajemy cebulę i smażymy, żeby cebule się zeszkliła. Zdejmujemy z ognia. Pomidory kroimy na kawałki. Śmietanę mieszamy z jajkami, solą, pieprzem i tymiankiem. Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Wyjmujemy ciasto z lodówki i wkładamy do piekarnika na 8 - 10 minut. Ciasto wyjmujemy z piekarnika, układamy na nim boczek z cebulą i pomidory. Zalewamy sosem śmietanowym i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy 25 - 30 minut.
Klasyka francuskiej kuchni zawsze się sprawdza. Pyszna tarta z kruchym ciastem i pożywnymi dodatkami.
Smacznego :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekąska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przekąska. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 24 sierpnia 2014
niedziela, 27 lipca 2014
SŁONECZNE PALUSZKI
Mamałyga, czyli narodowa rumuńska potrawa z mąki albo kaszy kukurydzianej popularna jest także w innych krajach południowo-wschodniej Europy, m.in. w kuchni węgierskiej, siedmiogrodzkiej, bułgarskiej i ukraińskiej. Odmianą mamałygi popularną w północnych Włoszech jest polenta.
Mnie urzeka jej złoty kolor, przypominający słońce na talerzu. Najczęściej jest podawana jako dodatek do mięsa lub sosu. Proponuję trochę inne pomysły, czyli kaszkę kukurydzianą w formie przekąski i w formie deseru.
Przepis podstawowy:
1 szklanka kaszki kukurydzianej
3 szklanki wody
1/2 łyżeczki soli
łyżeczka masła
W garnku lub rondlu (najlepiej z powłoką teflonową) zagotowujemy osoloną wodę, wrzucamy bardzo powoli kaszę, cały czas energicznie mieszając, żeby nie powstały grudki. Gotujemy 30 minut na małym ogniu często mieszając. Na koniec dodajemy łyżeczkę masła. Jeśli chcemy przygotować wersję słoną dodajemy ulubione przyprawy i zioła, np. oregano. Jeśli chcemy przygotować wersję słodką dodajemy 1/2 łyżeczki cukru.
Kaszę zdejmujemy z ognia i czekamy kilka minut, żeby ostygła. Foremkę wykładamy papierem do pieczenia, co ułatwi nam wyjęcie kaszy z formy.
Przekładamy kaszę do foremki, czekamy, aż całkiem ostygnie.
Przekładamy kaszę na deskę i kroimy na kawałki o szerokości około 3 cm.
Na patelni (najlepiej z powłoką teflonową) rozgrzewamy łyżkę masła lub oliwy i smażymy paluszki z mamałygi na złoto-brązowo z obu stron.
Paluszki przekładamy na talerze. Do mamałygi w wersji słonej dodajemy na wierzch łyżkę twarogu, np. z koziego mleka i podsmażoną na patelni cebulę oraz małe pomidorki koktajlowe (lub inne ulubione dodatki). Skrapiamy delikatnie oliwą i octem balsamicznym.
Do mamałygi w wersji słodkiej dodajemy na wierzch łyżkę twarożku lub bitej śmietany, ulubione owoce (ja dodałam brzoskwinię) i skrapiamy miodem.
Słońce na talerzu - poprawia humor nawet w pochmurny dzień :)
Smacznego :)
Mnie urzeka jej złoty kolor, przypominający słońce na talerzu. Najczęściej jest podawana jako dodatek do mięsa lub sosu. Proponuję trochę inne pomysły, czyli kaszkę kukurydzianą w formie przekąski i w formie deseru.
Przepis podstawowy:
1 szklanka kaszki kukurydzianej
3 szklanki wody
1/2 łyżeczki soli
łyżeczka masła
W garnku lub rondlu (najlepiej z powłoką teflonową) zagotowujemy osoloną wodę, wrzucamy bardzo powoli kaszę, cały czas energicznie mieszając, żeby nie powstały grudki. Gotujemy 30 minut na małym ogniu często mieszając. Na koniec dodajemy łyżeczkę masła. Jeśli chcemy przygotować wersję słoną dodajemy ulubione przyprawy i zioła, np. oregano. Jeśli chcemy przygotować wersję słodką dodajemy 1/2 łyżeczki cukru.
Kaszę zdejmujemy z ognia i czekamy kilka minut, żeby ostygła. Foremkę wykładamy papierem do pieczenia, co ułatwi nam wyjęcie kaszy z formy.
Przekładamy kaszę do foremki, czekamy, aż całkiem ostygnie.
Przekładamy kaszę na deskę i kroimy na kawałki o szerokości około 3 cm.
Na patelni (najlepiej z powłoką teflonową) rozgrzewamy łyżkę masła lub oliwy i smażymy paluszki z mamałygi na złoto-brązowo z obu stron.
Paluszki przekładamy na talerze. Do mamałygi w wersji słonej dodajemy na wierzch łyżkę twarogu, np. z koziego mleka i podsmażoną na patelni cebulę oraz małe pomidorki koktajlowe (lub inne ulubione dodatki). Skrapiamy delikatnie oliwą i octem balsamicznym.
Do mamałygi w wersji słodkiej dodajemy na wierzch łyżkę twarożku lub bitej śmietany, ulubione owoce (ja dodałam brzoskwinię) i skrapiamy miodem.
Słońce na talerzu - poprawia humor nawet w pochmurny dzień :)
Smacznego :)
środa, 23 lipca 2014
SAŁATKA WALDORF-ASTORIA
Waldorf-Astoria, to znany z luksusu nowojorski hotel, położony na Manhattanie. Początkowo były to dwa hotele. Właścicielem pierwszego, otwartego w 1893, był William Waldorf Astor. Drugi należał do jego kuzyna, Johna Jacoba Astora IV i został otwarty w 1897. Nazwa powstała z połączenia nazwiska właścicieli i nazwy miejscowości, z której pochodzili. Obecnie hotel należy do sieci Hilton (oficjalną nazwą hotelu jest The Waldorf=Astoria Hotel).
Swoją sławę hotel zawdzięcza nie tylko architekturze i wykwintnemu wyposażeniu, ale także znakomitej kuchni, w szczególności wymyślonej na przełomie XIX i XX wieku przez ówczesnego szefa kuchni Szwajcara Oskara Tschirky sałatce Waldorf-Astoria. Na przestrzeni lat powstało wiele wersji sałatki, ale trzy składniki pozostały niezmienne: seler, jabłko i orzechy włoskie. Mało kogo stać na pobyt w hotelu Waldorf-Astoria, ale przygotować i cieszyć się smakiem sałatki Waldorf-Astoria może każdy. Skorzystam z przepisu pochodzącego z książki Hanny Szymanderskiej "Dania z anegdotą".
Przepis:
2 jabłka (twarde i kwaśne)
1 średnia bulwa selera
2 łyżki posiekanych orzechów włoskich
250 gram gotowanej piersi z kurczaka
3 łyżki wina (madera)
3/4 szklanki majonezu
łyżka soku z cytryny
sól, pieprz
1 pomarańcza
kilka liści sałaty
kilka listków natki pietruszki
Myjemy seler, wrzucamy na lekko osolony wrzątek i gotujemy 5 minut. Odcedzamy, przelewamy zimną wodą i osuszamy. Obieramy i kroimy w cienkie słupki, następnie skrapiamy 2 łyżkami wina.
Jabłka obieramy, usuwamy gniazda nasienne, kroimy w słupki, skrapiamy sokiem z cytryny i 1 łyżką wina.
Kurczaka kroimy w paski, orzechy prażymy na rozgrzanej suchej patelni. Wszystkie składniki łączymy.
Dodajemy majonez, sól i pieprz do smaku. Wkładamy na kilka minut do lodówki. W tym czasie obieramy pomarańczę i dzielimy na cząstki.
Na talerzu rozkładamy liście sałaty, na wierzch układamy sałatkę, dekorujemy cząstkami pomarańczy i natką pietruszki.
Smakuje i wygląda świetnie :)
Smacznego :)
![]() |
| (źródło wikipedia) |
Swoją sławę hotel zawdzięcza nie tylko architekturze i wykwintnemu wyposażeniu, ale także znakomitej kuchni, w szczególności wymyślonej na przełomie XIX i XX wieku przez ówczesnego szefa kuchni Szwajcara Oskara Tschirky sałatce Waldorf-Astoria. Na przestrzeni lat powstało wiele wersji sałatki, ale trzy składniki pozostały niezmienne: seler, jabłko i orzechy włoskie. Mało kogo stać na pobyt w hotelu Waldorf-Astoria, ale przygotować i cieszyć się smakiem sałatki Waldorf-Astoria może każdy. Skorzystam z przepisu pochodzącego z książki Hanny Szymanderskiej "Dania z anegdotą".
Przepis:
2 jabłka (twarde i kwaśne)
1 średnia bulwa selera
2 łyżki posiekanych orzechów włoskich
250 gram gotowanej piersi z kurczaka
3 łyżki wina (madera)
3/4 szklanki majonezu
łyżka soku z cytryny
sól, pieprz
1 pomarańcza
kilka liści sałaty
kilka listków natki pietruszki
Myjemy seler, wrzucamy na lekko osolony wrzątek i gotujemy 5 minut. Odcedzamy, przelewamy zimną wodą i osuszamy. Obieramy i kroimy w cienkie słupki, następnie skrapiamy 2 łyżkami wina.
Jabłka obieramy, usuwamy gniazda nasienne, kroimy w słupki, skrapiamy sokiem z cytryny i 1 łyżką wina.
Kurczaka kroimy w paski, orzechy prażymy na rozgrzanej suchej patelni. Wszystkie składniki łączymy.
Dodajemy majonez, sól i pieprz do smaku. Wkładamy na kilka minut do lodówki. W tym czasie obieramy pomarańczę i dzielimy na cząstki.
Na talerzu rozkładamy liście sałaty, na wierzch układamy sałatkę, dekorujemy cząstkami pomarańczy i natką pietruszki.
Smakuje i wygląda świetnie :)
Smacznego :)
sobota, 12 lipca 2014
GRUSZKI Z UMBRII
Umbria to górzysty region leżący w środkowej części Włoch. Po 1000 dniach w Wenecji i 1000 dniach w Toskanii, amerykańska pisarka Marlena de Blasi przenosi się z mężem do sąsiadującej z Toskanią Umbrii. Zamieszkują w miasteczku Orvieto, zawiązują nowe przyjaźnie, poznają kolejne zwyczaje kulinarne i lokalne przypowieści.
Mnie najbardziej podoba się wzruszająca opowieść o łzach Etrusków, mieszkańców tych terenów w czasach przedrzymskich. Każda kobieta, mężczyzna i dziecko miało małe naczynie na łzy. Płaczący Etrusk sięgał po wazonik z terakoty, przystawiał do oka i zbierał łzy. Starożytni wierzyli, że skapują z duszy, która topnieje, więc kto je ronił, tracił także duszę. Do zebranych łez dodawali olejki wonne, pokruszone fiołki albo płatki róż. W ten sposób uzyskiwali perfumy, żeby namaścić nimi tych, których kochali. Można powiedzieć, że oddawali duszę za miłość.
Książka oprócz ciekawych historii, zawiera też przepisy na tradycyjne dania z regionu Umbrii. Wybieram przepis na smażone gruszki z serem.
Przepis:
dla 3 osób
3 gruszki
3 łyżki masła
2 łyżki oliwy
1/3 szklanki mąki kukurydzianej
1/2 szklanki wina Orvieto classico lub innego białego półwytrawnego wina
1/4 szklanki miodu najlepiej gryczanego
150 gramów sera pecorino lub innego słonawego sera (ja dodałam trochę oscypka i sera pleśniowego)
pieprz i sól
Gruszki kroimy na pół i obieramy ze skórki (gniazda nasienne zostawiamy). Mąkę wsypujemy na płaski talerzyk. Na patelni rozgrzewamy oliwę i 2 łyżki masła. Czekamy, aż masło się zapieni, wtedy połówkę gruszki od przeciętej strony przyciskamy do mąki, tak aby na powierzchni gruszki pozostała przyklejona cienka warstwa mąki, następnie kładziemy przeciętą stroną na patelnię i posypujemy pieprzem i solą.
Po kolei kładziemy wszystkie gruszki (nie powinny się stykać). Smażymy około pięciu minut, odwracamy solimy i pieprzymy tak jak poprzednio.
Czekamy pięć minut, przekładamy po dwie połówki na każdy talerz, wokół gruszek układamy po dwa plasterki sera. Na patelnię wlewamy wino, zwiększamy ogień, chwilę mieszamy i czekamy około 2 minuty, aż wino odparuje. Patelnię zdejmujemy z ognia, wkładamy pozostałą łyżkę masła i miód, mieszamy, żeby miód się zrobił płynny i polewamy gruszki i ser na talerzach.
To danie przede wszystkim dla wielbicieli słono-słodkich smaków. Ale myślę, że innym też przypadnie do gustu. Ja bardzo polubiłam gruszki z Umbrii.
Mnie najbardziej podoba się wzruszająca opowieść o łzach Etrusków, mieszkańców tych terenów w czasach przedrzymskich. Każda kobieta, mężczyzna i dziecko miało małe naczynie na łzy. Płaczący Etrusk sięgał po wazonik z terakoty, przystawiał do oka i zbierał łzy. Starożytni wierzyli, że skapują z duszy, która topnieje, więc kto je ronił, tracił także duszę. Do zebranych łez dodawali olejki wonne, pokruszone fiołki albo płatki róż. W ten sposób uzyskiwali perfumy, żeby namaścić nimi tych, których kochali. Można powiedzieć, że oddawali duszę za miłość.
Książka oprócz ciekawych historii, zawiera też przepisy na tradycyjne dania z regionu Umbrii. Wybieram przepis na smażone gruszki z serem.
Przepis:
dla 3 osób
3 gruszki
3 łyżki masła
2 łyżki oliwy
1/3 szklanki mąki kukurydzianej
1/2 szklanki wina Orvieto classico lub innego białego półwytrawnego wina
1/4 szklanki miodu najlepiej gryczanego
150 gramów sera pecorino lub innego słonawego sera (ja dodałam trochę oscypka i sera pleśniowego)
pieprz i sól
Gruszki kroimy na pół i obieramy ze skórki (gniazda nasienne zostawiamy). Mąkę wsypujemy na płaski talerzyk. Na patelni rozgrzewamy oliwę i 2 łyżki masła. Czekamy, aż masło się zapieni, wtedy połówkę gruszki od przeciętej strony przyciskamy do mąki, tak aby na powierzchni gruszki pozostała przyklejona cienka warstwa mąki, następnie kładziemy przeciętą stroną na patelnię i posypujemy pieprzem i solą.
Po kolei kładziemy wszystkie gruszki (nie powinny się stykać). Smażymy około pięciu minut, odwracamy solimy i pieprzymy tak jak poprzednio.
Czekamy pięć minut, przekładamy po dwie połówki na każdy talerz, wokół gruszek układamy po dwa plasterki sera. Na patelnię wlewamy wino, zwiększamy ogień, chwilę mieszamy i czekamy około 2 minuty, aż wino odparuje. Patelnię zdejmujemy z ognia, wkładamy pozostałą łyżkę masła i miód, mieszamy, żeby miód się zrobił płynny i polewamy gruszki i ser na talerzach.
To danie przede wszystkim dla wielbicieli słono-słodkich smaków. Ale myślę, że innym też przypadnie do gustu. Ja bardzo polubiłam gruszki z Umbrii.
piątek, 4 lipca 2014
OGÓRKI MAŁOSOLNE
Ogórek, ogórek, ogórek zielony ma garniturek ... Początek wakacji rozpoczyna też sezon ogórkowy w telewizji i na straganach. Ogórek ma ładny garniturek, ale smak trochę nijaki. Nie jest to moje ulubione warzywo. Jednak po 48 godzinnym liftingu, czyli kiszeniu nabiera zupełnie innego smaku i wyrazu oraz dodatkowych zalet, wynikających z procesu kiszenia.
Przede wszystkim podczas kiszenia spada zawartość cukru w warzywach, więc są mniej kaloryczne. Z kolei kwas mlekowy, w który bogate są produkty kiszone, pomaga w trawieniu, oczyszcza i odtruwa organizm. W procesie fermentacji uczestniczą też bakterie probiotyczne, czyli pożyteczne dla naszego organizmu drobnoustroje korzystnie wpływające na florę bakteryjną jelit - usuwają toksyny i chronią przed grzybicami. Dzięki temu mają duże znaczenie dla naszej odporności i walki z infekcjami.
Szukając klasycznego przepisu na ogórki małosolne sięgam po rady Lucyny Ćwierczakiewiczowej spisane w książce pt. "456 sprawdzonych przepisów" oraz do bardziej współczesnej "Kuchni polskiej" Marzenny Kasprzyckiej. Na podstawie tych dwóch receptur powstał taki oto przepis:
1 kg ogórków gruntowych
1,5 litra wody
3 łyżki soli
2-3 gałązki kopru
2 duże obrane ząbki czosnku
Małe, twarde ogórki dokładnie myjemy. Gałązki kopru o jak najdłuższych łodygach łamiemy na kawałki o długości około 10 cm. Czosnek kroimy na grube plastry. Gotujemy wodę i do wrzątku wrzucamy sól i rozpuszczamy. Na dnie wyparzonego wrzątkiem naczynia najlepiej kamionkowego układamy kilka kawałków kopru i kilka plastrów czosnku. Następnie układamy w nim ogórki, stawiając pionowo, całkowicie, ciasno wypełniając dno. Dzięki temu powstanie dużo kwasu mlekowego. Między nie wkładamy gałązki kopru, plasterki czosnku, jeśli się zmieści układamy drugą warstwę ogórków z koprem i czosnkiem.Całość przykrywamy resztą kopru i czosnku i zalewamy wodą z solą ogórki tak, by całkowicie je przykryła. Ilość wody zależy od naczynia, którego używamy, ale 1,5 litra na 1 kg ogórków powinno wystarczyć. Przykrywamy ogórki talerzykiem, by nie wystawały ponad zalewę i odstawiamy na dwa lub trzy dni w zacienione miejsce (najlepiej w temperaturze około 20 stopni).
Teraz najtrudniejszy etap, czyli dwudniowe oczekiwanie na transformację ogórków :)
W tradycyjnych przepisach nie dodaje się innych dodatków poza koprem i czosnkiem, ale oczywiście można wzbogacić smak liśćmi porzeczki lub korzeniem chrzanu.
Finał:
Po dwóch dniach ogórki są lekko ukiszone, mają orzeźwiający smak, pozostały kruche i jędrne. Warto poczekać jeszcze jeden dzień, bo wtedy osiągają klasę Mercedesa :)
Ten prosty, tradycyjny przepis sprawdził się w 100 %.
Smacznego :)
Przede wszystkim podczas kiszenia spada zawartość cukru w warzywach, więc są mniej kaloryczne. Z kolei kwas mlekowy, w który bogate są produkty kiszone, pomaga w trawieniu, oczyszcza i odtruwa organizm. W procesie fermentacji uczestniczą też bakterie probiotyczne, czyli pożyteczne dla naszego organizmu drobnoustroje korzystnie wpływające na florę bakteryjną jelit - usuwają toksyny i chronią przed grzybicami. Dzięki temu mają duże znaczenie dla naszej odporności i walki z infekcjami.
Szukając klasycznego przepisu na ogórki małosolne sięgam po rady Lucyny Ćwierczakiewiczowej spisane w książce pt. "456 sprawdzonych przepisów" oraz do bardziej współczesnej "Kuchni polskiej" Marzenny Kasprzyckiej. Na podstawie tych dwóch receptur powstał taki oto przepis:
1 kg ogórków gruntowych
1,5 litra wody
3 łyżki soli
2-3 gałązki kopru
2 duże obrane ząbki czosnku
Małe, twarde ogórki dokładnie myjemy. Gałązki kopru o jak najdłuższych łodygach łamiemy na kawałki o długości około 10 cm. Czosnek kroimy na grube plastry. Gotujemy wodę i do wrzątku wrzucamy sól i rozpuszczamy. Na dnie wyparzonego wrzątkiem naczynia najlepiej kamionkowego układamy kilka kawałków kopru i kilka plastrów czosnku. Następnie układamy w nim ogórki, stawiając pionowo, całkowicie, ciasno wypełniając dno. Dzięki temu powstanie dużo kwasu mlekowego. Między nie wkładamy gałązki kopru, plasterki czosnku, jeśli się zmieści układamy drugą warstwę ogórków z koprem i czosnkiem.Całość przykrywamy resztą kopru i czosnku i zalewamy wodą z solą ogórki tak, by całkowicie je przykryła. Ilość wody zależy od naczynia, którego używamy, ale 1,5 litra na 1 kg ogórków powinno wystarczyć. Przykrywamy ogórki talerzykiem, by nie wystawały ponad zalewę i odstawiamy na dwa lub trzy dni w zacienione miejsce (najlepiej w temperaturze około 20 stopni).
Teraz najtrudniejszy etap, czyli dwudniowe oczekiwanie na transformację ogórków :)
W tradycyjnych przepisach nie dodaje się innych dodatków poza koprem i czosnkiem, ale oczywiście można wzbogacić smak liśćmi porzeczki lub korzeniem chrzanu.
Finał:
Po dwóch dniach ogórki są lekko ukiszone, mają orzeźwiający smak, pozostały kruche i jędrne. Warto poczekać jeszcze jeden dzień, bo wtedy osiągają klasę Mercedesa :)
Ten prosty, tradycyjny przepis sprawdził się w 100 %.
Smacznego :)
sobota, 7 czerwca 2014
KANAPKA Z...
Kanapka z serem, kanapka z jajkiem, kanapka z kiełbasą, itd. Trudno wymienić wszystkie możliwości. Każdy ma jakąś ulubioną wersję. Jeśli szukacie, tak jak ja innego pomysłu, to proponuję dla odmiany pastę z wędzonego pstrąga.
Kuchnia włoska nie kojarzy się z wędzonymi rybami, a jednak jak się okazuje jest tak różnorodna, że nawet wędzone ryby znajdują się w jej repertuarze.
Przepis pochodzi z książki „Smaki północnej Italii” amerykańskiej pisarki Marleny de Blasi, z rozdziału poświęconego regionowi Friuli (Wenecja Julijska).
Przepis:
340 gram filetu z wędzonego pstrąga
6 łyżek miękkiego masła
1 jabłko z gatunku Granny Smith, obrane, bez gniazd nasiennych i pokrojone na cienkie plasterki
1/2 małej cebuli najlepiej czerwonej obranej i pokrojonej na cienkie plasterki
starta skórka z 1 cytryny
2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny
2 łyżki koniaku
zmielony pieprz
Zmiksuj pstrąga z masłem, dodaj pozostałe składniki i miksuj, aż uzyskasz gładką pastę. Dodaj sok z cytryny, pieprz – według uznania. Przełóż pastę do miski, przykryj filią i odstaw na kilka godzin do lodówki. Podawaj z chlebem lub grzankami.
Finał:
Pasta jest bardzo lekka pomimo sporej ilości masła. Pstrąg ma delikatny smak, więc pasta również nie ma przytłaczającego aromatu wędzonej ryby. Bardzo fajna propozycja na letnią kolację, szczególnie z grzankami :) Można jeszcze dodać kilka listków mięty.
Kuchnia włoska nie kojarzy się z wędzonymi rybami, a jednak jak się okazuje jest tak różnorodna, że nawet wędzone ryby znajdują się w jej repertuarze.
Przepis pochodzi z książki „Smaki północnej Italii” amerykańskiej pisarki Marleny de Blasi, z rozdziału poświęconego regionowi Friuli (Wenecja Julijska).
Przepis:
340 gram filetu z wędzonego pstrąga
6 łyżek miękkiego masła
1 jabłko z gatunku Granny Smith, obrane, bez gniazd nasiennych i pokrojone na cienkie plasterki
1/2 małej cebuli najlepiej czerwonej obranej i pokrojonej na cienkie plasterki
starta skórka z 1 cytryny
2 łyżki świeżo wyciśniętego soku z cytryny
2 łyżki koniaku
zmielony pieprz
Zmiksuj pstrąga z masłem, dodaj pozostałe składniki i miksuj, aż uzyskasz gładką pastę. Dodaj sok z cytryny, pieprz – według uznania. Przełóż pastę do miski, przykryj filią i odstaw na kilka godzin do lodówki. Podawaj z chlebem lub grzankami.
Finał:
Pasta jest bardzo lekka pomimo sporej ilości masła. Pstrąg ma delikatny smak, więc pasta również nie ma przytłaczającego aromatu wędzonej ryby. Bardzo fajna propozycja na letnią kolację, szczególnie z grzankami :) Można jeszcze dodać kilka listków mięty.
niedziela, 25 maja 2014
MAKARON Z SOSEM POMIDOROWYM
Powracam do Toskanii. Tym razem inspiracja pochodzi z „Dziennika toskańskiego” autorstwa Tessy Capponi-Borawskiej. Jako rodowita Włoszka, urodzona w pałacu we Florencji, w starej arystokratycznej rodzinie, opisuje Toskanię z wielką czułością, ale patrząc z perspektywy cudzoziemki, biorąc pod uwagę, że ponad 20 lat temu opuściła swój rodzinny zakątek i zamieszkała w Warszawie.
Jest to podróż sentymentalna, powrót do czasów dzieciństwa i młodości, do ukochanych miejsc, zabytków, a także do świata smaków i zapachów.
Opowieści przeplatane są przepisami na potrawy i przysmaki podawane na rodzinnym stole oraz w knajpkach i restauracjach Toskanii, nie zawsze popularnych wśród turystów, co według mnie jest zaletą.
Szukając czegoś prostego, a zarazem typowo włoskiego, wybieram przepis na makaron z sosem pomidorowym. Klasyka kuchni, oparta na prostych świeżych składnikach dobrej jakości. Ta wersja jest jeszcze szybsza w przygotowaniu od tradycyjnej, bo sosu nie trzeba gotować :))
Przepis:
na 6 osób
60 dag krótkiego makaronu (penne lub fusilli)
1 kg świeżych dojrzałych pomidorów
2 pęczki świeżej bazylii
10 dag tartego parmezanu
2 – 3 duże ząbki czosnku
sól, pieprz, oliwa z oliwek
Pomidory obrać, pokroić na kawałki. Zmiksować z bazylią, czosnkiem, parmezanem i oliwą. Dodać sól i pieprz. Przelać do dużej miski. Ugotować makaron. Odcedzić, wymieszać od razu z sosem i podawać.
Według mnie najłatwiej obrać pomidory, jeśli natniemy na krzyż końcówki i włożymy pomidory na minutę do wrzącej wody. Po wyjęciu skórka sama odchodzi.
Finał:
Przygotowanie zajmuje tyle czasu, co ugotowanie makaronu, czyli najwyżej kilkadziesiąt minut. Potrawa ma fantastyczny smak wynikający z połączenia pomidorów, bazylii i czosnku, dodatkowo podkreślony serem. Można powiedzieć, że to taki włoski „fast food”, ale w przeciwieństwie do innych tego typu dań jest pyszny i zdrowy.
Jest to podróż sentymentalna, powrót do czasów dzieciństwa i młodości, do ukochanych miejsc, zabytków, a także do świata smaków i zapachów.
Opowieści przeplatane są przepisami na potrawy i przysmaki podawane na rodzinnym stole oraz w knajpkach i restauracjach Toskanii, nie zawsze popularnych wśród turystów, co według mnie jest zaletą.
Szukając czegoś prostego, a zarazem typowo włoskiego, wybieram przepis na makaron z sosem pomidorowym. Klasyka kuchni, oparta na prostych świeżych składnikach dobrej jakości. Ta wersja jest jeszcze szybsza w przygotowaniu od tradycyjnej, bo sosu nie trzeba gotować :))
Przepis:
na 6 osób
60 dag krótkiego makaronu (penne lub fusilli)
1 kg świeżych dojrzałych pomidorów
2 pęczki świeżej bazylii
10 dag tartego parmezanu
2 – 3 duże ząbki czosnku
sól, pieprz, oliwa z oliwek
Pomidory obrać, pokroić na kawałki. Zmiksować z bazylią, czosnkiem, parmezanem i oliwą. Dodać sól i pieprz. Przelać do dużej miski. Ugotować makaron. Odcedzić, wymieszać od razu z sosem i podawać.
Według mnie najłatwiej obrać pomidory, jeśli natniemy na krzyż końcówki i włożymy pomidory na minutę do wrzącej wody. Po wyjęciu skórka sama odchodzi.
Finał:
Przygotowanie zajmuje tyle czasu, co ugotowanie makaronu, czyli najwyżej kilkadziesiąt minut. Potrawa ma fantastyczny smak wynikający z połączenia pomidorów, bazylii i czosnku, dodatkowo podkreślony serem. Można powiedzieć, że to taki włoski „fast food”, ale w przeciwieństwie do innych tego typu dań jest pyszny i zdrowy.
wtorek, 20 maja 2014
BRUSCHETTA
Toskania, cel turystów z całego świata. Kraina niezwykłych krajobrazów, łagodnych, zielonych pagórków poprzedzielanych szpalerami cyprysów, małych miasteczek z wąskimi stromymi uliczkami i domami z kamienia. To również rejon najpiękniejszych miejsc na ziemi, stworzonych ręką człowieka, miast pełnych niezrównanych budowli i dzieł sztuki, szczególne miejsce zajmują wśród nich Florencja i Siena.
Florencja, stolica Toskanii, zawiera w sobie tyle czaru, że trudno go opisać. Symbol renesansu, miasto najwybitniejszych artystów, jest jak wielkie dzieło sztuki, zapierające dech w piersi.
Siena, w której zachowała się antyczna struktura miasta zachęca do spacerów wąskimi uliczkami i jedynym w swoim rodzaju kolorem. Trudno zapomnieć widok miasta o zachodzie słońca.
Toskania przyciąga też cudzoziemców, pragnących zamieszkać wśród gajów oliwnych, pragnących życia wśród zapachów i aromatów tego niezwykłego zakątka, pragnących odnaleźć spokój i radość życia.
Na taką właśnie przemianę w życiu zdecydowała się autorka książki „Tysiąc dni w Toskanii” amerykańska pisarka Marlena de Blasi, która opowiada o przeprowadzce jej i męża do małej wioski zagubionej wśród wzgórz Toskanii. Zdobywa przyjaźń i zaufanie tamtejszych mieszkańców, poznaje ich zwyczaje, uczy się prostej wiejskiej kuchni, opartej na lokalnych produktach i przepisach przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Poznaje radość zwykłego życia, pieczenia chleba w piecu opalanym drewnem, zbierania kasztanów i oliwek, przygotowywania nalewek.
Najprostszym z toskańskich przysmaków jest „bruschetta”. Marlena de Blasi pisze, że najważniejsza jest jakość chleba, z którego przygotowujemy ten przysmak. Zgodnie z tradycją chleb kroi się na niezbyt grube kromki, opieka na ruszcie opalanym drewnem, następnie skrapia oliwą extra virgin i posypuje solą morską. Dodatek czosnku, którym naciera się gorące kromki i świeże pomidory posiekane i ułożone na chlebie bardzo wzbogaca smak, ale ortodoksyjni zwolennicy kuchni toskańskiej nie akceptują takich dodatków.
Decyduję się na przygotowanie bruschetty w wersji tradycyjnej i luksusowej, czyli z dodatkami.
Przepis:
zwarty chrupiący chleb pokrojony na kromki o grubości 1,5 cm umieścić w gorącym piekarniku i podpiec z obu stron. Następnie jeszcze gorący pokropić oliwą i posypać gruboziarnistą solą morską. W wersji lux gorące kromki nacieramy ząbkiem czosnku, kładziemy pokrojonego drobno dojrzałego pomidora i skrapiamy oliwą z oliwek.
Obie wersje smakują świetnie, ale ja jednak wybieram wersję luksusową, aromat czosnku po prostu obezwładnia. Trudno uwierzyć, że coś tak prostego może być takie pyszne.
A Was, która wersja bardziej kusi?
sobota, 10 maja 2014
JAJKA
Dawniej dobrego kucharza rozpoznawano po czapce, jaką nosił w trakcie pracy. Zwykły kucharz mógł zakładać mały toczek, mistrz nadzorujący pracę toczek z zakładkami, natomiast szef kuchni musiał poradzić sobie ze dużym wykrochmalonym toczkiem, który posiadał tyle zakładek, na ile sposobów potrafił przyrządzić jajko.
Większość szefów znało sto sposobów, natomiast Auguste Escoffier twierdził, że zna takich sposobów sześćset osiemdziesiąt pięć!!! Escoffier był genialnym kucharzem i szefem kuchni w prestiżowych reatauracjach, ale też osobą, która zrewolucjonizowała w XIX w. świat kulinarny, wprowadzając system pracy kucharzy oparty na doświadczeniach wyniesionych z wojska. Od tej pory zamiast kazać jednemu kucharzowi przygotowywać całe danie, kuchnia została podzielona na strefy (brygady), a każdą z nich kierował mistrz. Talerz przechodził od jednego mistrza do drugiego, stopniowo zapełniając się poszczególnymi elementami. Taka organizacja kuchni sprawdza się do dzisiaj.
Escoffier był także autorem potraw, które dedykował znanym osobistościom, bywającym w jego restauracjach, np. deser Melba nazwał na cześć australijskiej śpiewaczki operowej Nellie Melba. O śpiewaczce mało kto pamięta, ale Melba nadal pozostaje w kanonie klasycznych deserów. W książce „Białe trufle” autorstwa N.M. Kelby, poświęconej Escoffierowi, znajdujemy portret człowieka, dla którego gotowanie było pasją tak wielką, że mógł poświęcić dla niej całe życie oraz szczęście własne i swojej rodziny . To również powieść o miłości, kobietach i jedzeniu. O tym, jak bardzo przygotowywanie potraw i ich spożywanie może wpływać na nasze zmysły i uczucia.
Poszukując przepisów na dania z jajek, znalazłam książkę poświęconą właśnie temu składnikowi, której autorem jest Michel Roux, również wybitny kucharz, będący szefem kuchni w restauracji Watersiede Inn w angielskim miasteczku Bray, od 21 lat utrzymującej trzy gwiazdki Michelina, najbardziej prestiżowe wyróżnienie gastronomiczne.
Według niego jajka są najprostszym i kompletnym pokarmem, jednocześnie tak uniwersalnym, że można z niego przygotować zarówno szybkie posiłki, jak też wykwintne dania.
Spośród 130 przepisów bardzo trudno dokonać wyboru, w końcu decyduję się na jajka w koszulkach i jajka pieczone.
Jajka w koszulkach.
Przepis:
Głęboki rondel napełniamy nieosoloną wodą p, do wysokości około 10 cm. Dodajemy 3 łyżki białego octu winnego i doprowadzamy do wrzenia. Rozbijamy jajko do małej miseczki i delikatnie przelewamy do wody, w miejscu najintensywniejszego wrzenia. Za pomocą łyżki cedzakowej wyjmujemy jajko. Podajemy od razu lub przekładamy do miski z mocno schłodzoną wodą i odstawiamy na 10 minut. Małym nożem przycinamy nierówności białka, żeby nadać mu ładny kształt. Jajko w koszulce można też wykorzystać, jako dodatek, np. do zupy warzywnej, albo do pure z ziemniaków, w którym robimy specjalny dołek dla jajka.
Chyba potrzebuję więcej wprawy, żeby uzyskać takie ładne jajko w koszulce, jak na zdjęciu w książce :)
Jajka pieczone (w kokilkach).
Przepis:
Jajka muszą mieć temperaturę pokojową. Piekarnik rozgrzewamy do 170 C. Kamionkowe lub ceramiczne kokilki smarujemy miękkim masłem. Lekko posypujemy solą i pieprzem. Jajko ostrożnie wybijamy do małego naczynia i delikatnie przelewamy do kokilki. Do białka dolewamy ok. łyżki śmietany kremówki, uważając, żeby na wpłynęła na żółtko. Blachę do pieczenia wkładamy pergaminem. Stawiamy miseczkę i nalewamy na blachę trochę wrzącej wody, do połowy brzegów. Wkładamy do piekarnika.
Po około 10 minutach białko powinno być ścięte, a żółtko płynne. Jeśli ktoś woli mocnej upieczone, powinien poczekać jeszcze około 3 minut.
Smakuje trochę, jak jajko sadzone, ale jest delikatniejsze i ładniej wygląda :))
Gotowanie, to związek małżeński nauki i poezji, jak twierdził Escoffier :)) więc ważne jest dla wszystkich zmysłów.
Większość szefów znało sto sposobów, natomiast Auguste Escoffier twierdził, że zna takich sposobów sześćset osiemdziesiąt pięć!!! Escoffier był genialnym kucharzem i szefem kuchni w prestiżowych reatauracjach, ale też osobą, która zrewolucjonizowała w XIX w. świat kulinarny, wprowadzając system pracy kucharzy oparty na doświadczeniach wyniesionych z wojska. Od tej pory zamiast kazać jednemu kucharzowi przygotowywać całe danie, kuchnia została podzielona na strefy (brygady), a każdą z nich kierował mistrz. Talerz przechodził od jednego mistrza do drugiego, stopniowo zapełniając się poszczególnymi elementami. Taka organizacja kuchni sprawdza się do dzisiaj.
Escoffier był także autorem potraw, które dedykował znanym osobistościom, bywającym w jego restauracjach, np. deser Melba nazwał na cześć australijskiej śpiewaczki operowej Nellie Melba. O śpiewaczce mało kto pamięta, ale Melba nadal pozostaje w kanonie klasycznych deserów. W książce „Białe trufle” autorstwa N.M. Kelby, poświęconej Escoffierowi, znajdujemy portret człowieka, dla którego gotowanie było pasją tak wielką, że mógł poświęcić dla niej całe życie oraz szczęście własne i swojej rodziny . To również powieść o miłości, kobietach i jedzeniu. O tym, jak bardzo przygotowywanie potraw i ich spożywanie może wpływać na nasze zmysły i uczucia.
Poszukując przepisów na dania z jajek, znalazłam książkę poświęconą właśnie temu składnikowi, której autorem jest Michel Roux, również wybitny kucharz, będący szefem kuchni w restauracji Watersiede Inn w angielskim miasteczku Bray, od 21 lat utrzymującej trzy gwiazdki Michelina, najbardziej prestiżowe wyróżnienie gastronomiczne.
Według niego jajka są najprostszym i kompletnym pokarmem, jednocześnie tak uniwersalnym, że można z niego przygotować zarówno szybkie posiłki, jak też wykwintne dania.
Spośród 130 przepisów bardzo trudno dokonać wyboru, w końcu decyduję się na jajka w koszulkach i jajka pieczone.
Jajka w koszulkach.
Przepis:
Głęboki rondel napełniamy nieosoloną wodą p, do wysokości około 10 cm. Dodajemy 3 łyżki białego octu winnego i doprowadzamy do wrzenia. Rozbijamy jajko do małej miseczki i delikatnie przelewamy do wody, w miejscu najintensywniejszego wrzenia. Za pomocą łyżki cedzakowej wyjmujemy jajko. Podajemy od razu lub przekładamy do miski z mocno schłodzoną wodą i odstawiamy na 10 minut. Małym nożem przycinamy nierówności białka, żeby nadać mu ładny kształt. Jajko w koszulce można też wykorzystać, jako dodatek, np. do zupy warzywnej, albo do pure z ziemniaków, w którym robimy specjalny dołek dla jajka.
Chyba potrzebuję więcej wprawy, żeby uzyskać takie ładne jajko w koszulce, jak na zdjęciu w książce :)
Jajka pieczone (w kokilkach).
Przepis:
Jajka muszą mieć temperaturę pokojową. Piekarnik rozgrzewamy do 170 C. Kamionkowe lub ceramiczne kokilki smarujemy miękkim masłem. Lekko posypujemy solą i pieprzem. Jajko ostrożnie wybijamy do małego naczynia i delikatnie przelewamy do kokilki. Do białka dolewamy ok. łyżki śmietany kremówki, uważając, żeby na wpłynęła na żółtko. Blachę do pieczenia wkładamy pergaminem. Stawiamy miseczkę i nalewamy na blachę trochę wrzącej wody, do połowy brzegów. Wkładamy do piekarnika.
Po około 10 minutach białko powinno być ścięte, a żółtko płynne. Jeśli ktoś woli mocnej upieczone, powinien poczekać jeszcze około 3 minut.
Smakuje trochę, jak jajko sadzone, ale jest delikatniejsze i ładniej wygląda :))
Gotowanie, to związek małżeński nauki i poezji, jak twierdził Escoffier :)) więc ważne jest dla wszystkich zmysłów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















































