Leśmian Bolesław
W malinowym chruśniaku
W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem
Zapodziani po głowy, przez długie godziny
Zrywaliśmy przybyłe tej nocy maliny.
Palce miałaś na oślep skrwawione ich sokiem...
Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty,
Rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory,
Złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory
I szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty.
Duszno było od malin, któreś, szapcząc, rwała,
A szept nasz tylko wówczas nacichał w ich woni,
Gdym wargami wygarniał z podanej mi dłoni
Owoce, przepojone wonią twego ciała.
I stały się maliny narzędziem pieszczoty
Tej pierwszej, tej zdziwionej, która w całym niebie
Nie zna innych upojeń, oprócz samej siebie,
I chce się wciąż powtarzać dla własnej dziwoty.
I nie wiem, jak się stało, w którym okamgnieniu,
Żeś dotknęła mi wargą spoconego czoła,
Porwałem twoje dłonie - oddałaś w skupieniu,
A chruśniak malinowy trwał wciąż dookoła.
To najpiękniejszy wiersz o malinach i ich pobudzającym działaniu :)
Równie apetyczny i bardzo rozgrzewający jest likier malinowy. Przyda się szczególnie w ponure jesienne wieczory :)
Przepis inspirowany sprawdzonymi przepisami Lucyny Ćwierczakiewiczowej:
1 kg malin
1 1/2 kg cukru
1 litr spirytusu (jeśli chcemy uzyskać mocny likier to używamy zwykłego spirytusu, jeśli trochę lżejszy, to spirytusu nalewkowego)
(Z tych składników uzyskujemy 1,5 litra likieru)
Jędrne, oczyszczone z listków maliny rozgniatamy widelcem w szklanym naczyniu. Gdy puszczą sok, wsypujemy do nich cukier, mieszamy aż do rozpuszczenia się cukru.
Pozostawiamy pod przykryciem na dwie doby. Po tym czasie wlewamy spirytus i dobrze mieszamy. Przecedzamy maliny przez gęste sito lub podwójnie złożoną gazę, wlewamy do gąsiorka lub słoja i dobrze zamykamy. Zostawiamy na trzy dni, aby płyn się sklarował. Ponownie filtrujemy przez gęstą gazę. Degustujemy :)
Rozlewamy do butelek, zakręcamy lub korkujemy i odstawiamy na co najmniej 3 miesiące.
Likier jest bardzo aromatyczny, słodki i pachnie cudownie malinami :)
Na zdrowie :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 7 sierpnia 2014
niedziela, 20 lipca 2014
TRUFELKI MARCEPANOWE
Popularne powiedzenie mówi, że jeśli coś jest przyjemne lub smaczne, to jest albo nielegalne, albo tuczące. Tego poglądu na szczęście nie można zastosować do migdałów. Nie dość, że są jednymi z najsmaczniejszych bakalii, to jeszcze zawierają wiele drogocennych, korzystnie oddziałujących na zdrowie składników. Są bardzo dobrym źródłem łatwo przyswajalnego białka, zawierają także dużo wapnia.Znajdziemy w nich również witaminę E - substancję młodości, która chroni przed niekorzystnym wpływem wolnych rodników, wzmacnia ściany naczyń krwionośnych, co chroni przed chorobami układu krwionośnego; witaminę B2, odpowiedzialną za prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego i narządów wzroku; istotne mikroelementy, jak cynk oraz magnez. Do tych wszystkich zalet warto dodać, że migdały ze względu na dużą zawartość błonnika nie są tuczące.
Jeśli chodzi o mnie, to najważniejszym plusem migdałów jest możliwość przygotowania z nich marcepanu. Przepis zainspirowany recepturą Lucyny Ćwierczakiewiczowej w książce „Jedyne praktyczne przepisy”.
Przepis:
szklanka startych migdałów
szklanka cukru pudru
30 ml wody różanej lub wody wymieszanej pół na pół z ulubionym likierem, np. amaretto
kakao do posypania
Ja użyłam kupionych startych migdałów, ale jeśli chcecie wykorzystać całe migdały, to należy je najpierw sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki, osuszyć i zmielić.
Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę. Włożyć do lodówki na 30 minut, następnie formować w palcach kulki wielkości trochę większej od orzecha laskowego, posypać kakao. Przed podaniem schłodzić w lodówce.
Trufelki znikają tak szybko, że lepiej od razu zrobić z podwójnej ilości składników:)
Smacznego :)
Jeśli chodzi o mnie, to najważniejszym plusem migdałów jest możliwość przygotowania z nich marcepanu. Przepis zainspirowany recepturą Lucyny Ćwierczakiewiczowej w książce „Jedyne praktyczne przepisy”.
Przepis:
szklanka startych migdałów
szklanka cukru pudru
30 ml wody różanej lub wody wymieszanej pół na pół z ulubionym likierem, np. amaretto
kakao do posypania
Ja użyłam kupionych startych migdałów, ale jeśli chcecie wykorzystać całe migdały, to należy je najpierw sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki, osuszyć i zmielić.
Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę. Włożyć do lodówki na 30 minut, następnie formować w palcach kulki wielkości trochę większej od orzecha laskowego, posypać kakao. Przed podaniem schłodzić w lodówce.
Trufelki znikają tak szybko, że lepiej od razu zrobić z podwójnej ilości składników:)
Smacznego :)
wtorek, 15 lipca 2014
SZARLOTKA
Szarlotka to jedno z moich ulubionych ciast. Kojarzy mi się z jesienią, bo wtedy pojawiają się szare renety, czyli najlepsze jabłka na szarlotkę. Nazwa "Reneta" pochodzi z francuskiego reinette (prawdopodobnie w znaczeniu Królowa Jabłek). Jest to stara grupa odmian uprawnych jabłoni domowej. Owoce nie są piękne, najczęściej mają zielono-rdzawą skórkę, ale dzięki temu, że są twarde, charakteryzują się winno-kwaskowatym smakiem i aromatem, doskonale pasują do ciast.
Na szczęście możemy upiec szarlotkę używając innych jabłek, ważne żeby były twarde.
Przepis to mix receptury podanej przez autorkę „Kuchni polskiej” Marzennę Kasprzycką, porad, dotyczących ciast autorstwa Lucyny Ćwierczakiewiczowej w książce „Jedyne praktyczne przepisy” oraz trochę moich doświadczeń.
Przepis:
na formę o średnicy 23 cm
na kruche ciasto;
2 szklanki mąki
1/3 szklanki cukru pudru
1 kostka masła, do ciasta bez jednej łyżki, którą zużyjemy do posmarowania formy
3 żółtka
1 łyżka śmietany (opcjonalnie)
2 łyżki bułki tartej
na nadzienie:
3 duże twarde jabłka
1 łyżka wody
1/3 szklanki cukru
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżka mąki
2 łyżki soku z cytryny
Mąkę i cukier puder przesiewamy do miski, dodajemy zimne masło pokrojone na małe kawałki i zagniatamy, żeby powstały duże grudki (ja używam do przygotowania ciasta malaksera, co ułatwia pracę). Do masy dodajemy żółtka, śmietanę, szczyptę soli i wyrabiamy ciasto. 2/3 ciasta kładziemy na kawałku folii spożywczej, spłaszczamy i przykrywamy drugim kawałkiem folii (łatwiej będzie je później rozwałkować). 1/3 ciasta owijamy osobnym kawałkiem folii spożywczej. Obie części ciasta wkładamy do lodówki na 2 godziny.
W tym czasie przygotowujemy nadzienie. Jabłka kroimy na ćwiartki, obieramy ze skórki i gniazd nasiennych. Każdą ćwiartkę kroimy na pół a następnie na plasterki. Pokrojone wkładamy do rondla, dodajemy łyżkę wody, posypujemy cukrem i cynamonem, a następnie przykrywamy i dusimy na małym ogniu 15 minut, bez mieszania tylko potrząsając od czasu do czasu naczyniem. Zdejmujemy pokrywkę posypujemy jabłka łyżką mąki, delikatnie mieszamy, dodajemy sok z cytryny, mieszamy ostatni raz. Odstawiamy z ognia, żeby jabłka wystygły.
Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Wyjmujemy z lodówki część ciasta (2/3) i przez folię rozwałkowujemy cienko, do takiej wielkości, żeby pasowało do formy i pokryło dno plus około 2 cm brzegu. Formę smarujemy łyżką masła i posypujemy łyżką bułki tartej. Ciasto wyjmujemy z folii i przekładamy do formy.
Rozwałkowane ciasto wkładamy do formy, pokrywając dno i brzeg do wysokości 2 cm. Nakłuwamy ciasto widelcem i wstawiamy do piekarnika na 8 - 10 minut.
Wyjmujemy ciasto z piekarnika. Czekamy około 15 minut, żeby trochę ostygło, posypujemy 1 łyżką bułki tartej, wykładamy nadzienie.
Wyjmujemy z lodówki drugą część ciasta (1/3), odwijamy z folii i ścieramy na tarce o grubych otworach na nadzienie. Obniżamy temperaturę piekarnika do 180 stopni, wstawiamy ciasto i pieczemy około 45 minut.
Wyjmujemy ciasto z piekarnika, czekamy, aż ostygnie, posypujemy cukrem pudrem, tak jak lubimy i możemy zajadać.
Smacznego :)
Na szczęście możemy upiec szarlotkę używając innych jabłek, ważne żeby były twarde.
Przepis to mix receptury podanej przez autorkę „Kuchni polskiej” Marzennę Kasprzycką, porad, dotyczących ciast autorstwa Lucyny Ćwierczakiewiczowej w książce „Jedyne praktyczne przepisy” oraz trochę moich doświadczeń.
Przepis:
na formę o średnicy 23 cm
na kruche ciasto;
2 szklanki mąki
1/3 szklanki cukru pudru
1 kostka masła, do ciasta bez jednej łyżki, którą zużyjemy do posmarowania formy
3 żółtka
1 łyżka śmietany (opcjonalnie)
2 łyżki bułki tartej
na nadzienie:
3 duże twarde jabłka
1 łyżka wody
1/3 szklanki cukru
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżka mąki
2 łyżki soku z cytryny
Mąkę i cukier puder przesiewamy do miski, dodajemy zimne masło pokrojone na małe kawałki i zagniatamy, żeby powstały duże grudki (ja używam do przygotowania ciasta malaksera, co ułatwia pracę). Do masy dodajemy żółtka, śmietanę, szczyptę soli i wyrabiamy ciasto. 2/3 ciasta kładziemy na kawałku folii spożywczej, spłaszczamy i przykrywamy drugim kawałkiem folii (łatwiej będzie je później rozwałkować). 1/3 ciasta owijamy osobnym kawałkiem folii spożywczej. Obie części ciasta wkładamy do lodówki na 2 godziny.
W tym czasie przygotowujemy nadzienie. Jabłka kroimy na ćwiartki, obieramy ze skórki i gniazd nasiennych. Każdą ćwiartkę kroimy na pół a następnie na plasterki. Pokrojone wkładamy do rondla, dodajemy łyżkę wody, posypujemy cukrem i cynamonem, a następnie przykrywamy i dusimy na małym ogniu 15 minut, bez mieszania tylko potrząsając od czasu do czasu naczyniem. Zdejmujemy pokrywkę posypujemy jabłka łyżką mąki, delikatnie mieszamy, dodajemy sok z cytryny, mieszamy ostatni raz. Odstawiamy z ognia, żeby jabłka wystygły.
Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni. Wyjmujemy z lodówki część ciasta (2/3) i przez folię rozwałkowujemy cienko, do takiej wielkości, żeby pasowało do formy i pokryło dno plus około 2 cm brzegu. Formę smarujemy łyżką masła i posypujemy łyżką bułki tartej. Ciasto wyjmujemy z folii i przekładamy do formy.
Rozwałkowane ciasto wkładamy do formy, pokrywając dno i brzeg do wysokości 2 cm. Nakłuwamy ciasto widelcem i wstawiamy do piekarnika na 8 - 10 minut.
Wyjmujemy ciasto z piekarnika. Czekamy około 15 minut, żeby trochę ostygło, posypujemy 1 łyżką bułki tartej, wykładamy nadzienie.
Wyjmujemy z lodówki drugą część ciasta (1/3), odwijamy z folii i ścieramy na tarce o grubych otworach na nadzienie. Obniżamy temperaturę piekarnika do 180 stopni, wstawiamy ciasto i pieczemy około 45 minut.
Wyjmujemy ciasto z piekarnika, czekamy, aż ostygnie, posypujemy cukrem pudrem, tak jak lubimy i możemy zajadać.
Smacznego :)
poniedziałek, 7 lipca 2014
NALEŚNIKI Z SOSEM MALINOWYM
Naleśniki były daniem awaryjnym, gdy moje córki były małe i chciałam przygotować w ekspresowym tempie coś co lubią. Teraz mogę sobie pozwolić na poszukiwanie i próbowanie różnych wariantów znanych potraw i nie muszę już się spieszyć. Zainspirowana przez Lucynę Ćwierczakiewiczową i jej książkę "365 obiadów", przygotowałam naleśniki w oparciu o recepturę z połowy XIX wieku.
Przepis:
4 jajka
szklanka mąki
szklanka mleka (chudego) lub 1/2 szklanki tłustego mleka i 1/2 szklanki wody
łyżka klarowanego masła
szczypta soli
Cztery żółtka, pół łyżki masła, mąkę, mleko (mleko i woda) i sól rozrobić na ciasto. Ubić pianę z czterech białek, dodać do ciasta i delikatnie wymieszać.
Rozgrzać patelnię, posmarować masłem, wlać ciasto i energicznie obracać patelnię, aby ciasto się rozprowadziło na całej patelni. Smażyć na złoto z obu stron. W ten sposób usmażyć wszystkie naleśniki.
Maliny opłukać i zmiksować dodając cukier puder, według własnego smaku. Im kwaśniejsze maliny, tym więcej cukru.
Naleśniki są trochę grubsze, niż standardowe, wyszły bardzo pulchniutkie i mięciutkie. Najlepiej naleśnika złożyć na pół, polać sosem malinowym, usiąść wygodnie i zajadać.
Palce lizać :)
Przepis:
4 jajka
szklanka mąki
szklanka mleka (chudego) lub 1/2 szklanki tłustego mleka i 1/2 szklanki wody
łyżka klarowanego masła
szczypta soli
Cztery żółtka, pół łyżki masła, mąkę, mleko (mleko i woda) i sól rozrobić na ciasto. Ubić pianę z czterech białek, dodać do ciasta i delikatnie wymieszać.
Rozgrzać patelnię, posmarować masłem, wlać ciasto i energicznie obracać patelnię, aby ciasto się rozprowadziło na całej patelni. Smażyć na złoto z obu stron. W ten sposób usmażyć wszystkie naleśniki.
Maliny opłukać i zmiksować dodając cukier puder, według własnego smaku. Im kwaśniejsze maliny, tym więcej cukru.
Naleśniki są trochę grubsze, niż standardowe, wyszły bardzo pulchniutkie i mięciutkie. Najlepiej naleśnika złożyć na pół, polać sosem malinowym, usiąść wygodnie i zajadać.
Palce lizać :)
piątek, 4 lipca 2014
OGÓRKI MAŁOSOLNE
Ogórek, ogórek, ogórek zielony ma garniturek ... Początek wakacji rozpoczyna też sezon ogórkowy w telewizji i na straganach. Ogórek ma ładny garniturek, ale smak trochę nijaki. Nie jest to moje ulubione warzywo. Jednak po 48 godzinnym liftingu, czyli kiszeniu nabiera zupełnie innego smaku i wyrazu oraz dodatkowych zalet, wynikających z procesu kiszenia.
Przede wszystkim podczas kiszenia spada zawartość cukru w warzywach, więc są mniej kaloryczne. Z kolei kwas mlekowy, w który bogate są produkty kiszone, pomaga w trawieniu, oczyszcza i odtruwa organizm. W procesie fermentacji uczestniczą też bakterie probiotyczne, czyli pożyteczne dla naszego organizmu drobnoustroje korzystnie wpływające na florę bakteryjną jelit - usuwają toksyny i chronią przed grzybicami. Dzięki temu mają duże znaczenie dla naszej odporności i walki z infekcjami.
Szukając klasycznego przepisu na ogórki małosolne sięgam po rady Lucyny Ćwierczakiewiczowej spisane w książce pt. "456 sprawdzonych przepisów" oraz do bardziej współczesnej "Kuchni polskiej" Marzenny Kasprzyckiej. Na podstawie tych dwóch receptur powstał taki oto przepis:
1 kg ogórków gruntowych
1,5 litra wody
3 łyżki soli
2-3 gałązki kopru
2 duże obrane ząbki czosnku
Małe, twarde ogórki dokładnie myjemy. Gałązki kopru o jak najdłuższych łodygach łamiemy na kawałki o długości około 10 cm. Czosnek kroimy na grube plastry. Gotujemy wodę i do wrzątku wrzucamy sól i rozpuszczamy. Na dnie wyparzonego wrzątkiem naczynia najlepiej kamionkowego układamy kilka kawałków kopru i kilka plastrów czosnku. Następnie układamy w nim ogórki, stawiając pionowo, całkowicie, ciasno wypełniając dno. Dzięki temu powstanie dużo kwasu mlekowego. Między nie wkładamy gałązki kopru, plasterki czosnku, jeśli się zmieści układamy drugą warstwę ogórków z koprem i czosnkiem.Całość przykrywamy resztą kopru i czosnku i zalewamy wodą z solą ogórki tak, by całkowicie je przykryła. Ilość wody zależy od naczynia, którego używamy, ale 1,5 litra na 1 kg ogórków powinno wystarczyć. Przykrywamy ogórki talerzykiem, by nie wystawały ponad zalewę i odstawiamy na dwa lub trzy dni w zacienione miejsce (najlepiej w temperaturze około 20 stopni).
Teraz najtrudniejszy etap, czyli dwudniowe oczekiwanie na transformację ogórków :)
W tradycyjnych przepisach nie dodaje się innych dodatków poza koprem i czosnkiem, ale oczywiście można wzbogacić smak liśćmi porzeczki lub korzeniem chrzanu.
Finał:
Po dwóch dniach ogórki są lekko ukiszone, mają orzeźwiający smak, pozostały kruche i jędrne. Warto poczekać jeszcze jeden dzień, bo wtedy osiągają klasę Mercedesa :)
Ten prosty, tradycyjny przepis sprawdził się w 100 %.
Smacznego :)
Przede wszystkim podczas kiszenia spada zawartość cukru w warzywach, więc są mniej kaloryczne. Z kolei kwas mlekowy, w który bogate są produkty kiszone, pomaga w trawieniu, oczyszcza i odtruwa organizm. W procesie fermentacji uczestniczą też bakterie probiotyczne, czyli pożyteczne dla naszego organizmu drobnoustroje korzystnie wpływające na florę bakteryjną jelit - usuwają toksyny i chronią przed grzybicami. Dzięki temu mają duże znaczenie dla naszej odporności i walki z infekcjami.
Szukając klasycznego przepisu na ogórki małosolne sięgam po rady Lucyny Ćwierczakiewiczowej spisane w książce pt. "456 sprawdzonych przepisów" oraz do bardziej współczesnej "Kuchni polskiej" Marzenny Kasprzyckiej. Na podstawie tych dwóch receptur powstał taki oto przepis:
1 kg ogórków gruntowych
1,5 litra wody
3 łyżki soli
2-3 gałązki kopru
2 duże obrane ząbki czosnku
Małe, twarde ogórki dokładnie myjemy. Gałązki kopru o jak najdłuższych łodygach łamiemy na kawałki o długości około 10 cm. Czosnek kroimy na grube plastry. Gotujemy wodę i do wrzątku wrzucamy sól i rozpuszczamy. Na dnie wyparzonego wrzątkiem naczynia najlepiej kamionkowego układamy kilka kawałków kopru i kilka plastrów czosnku. Następnie układamy w nim ogórki, stawiając pionowo, całkowicie, ciasno wypełniając dno. Dzięki temu powstanie dużo kwasu mlekowego. Między nie wkładamy gałązki kopru, plasterki czosnku, jeśli się zmieści układamy drugą warstwę ogórków z koprem i czosnkiem.Całość przykrywamy resztą kopru i czosnku i zalewamy wodą z solą ogórki tak, by całkowicie je przykryła. Ilość wody zależy od naczynia, którego używamy, ale 1,5 litra na 1 kg ogórków powinno wystarczyć. Przykrywamy ogórki talerzykiem, by nie wystawały ponad zalewę i odstawiamy na dwa lub trzy dni w zacienione miejsce (najlepiej w temperaturze około 20 stopni).
Teraz najtrudniejszy etap, czyli dwudniowe oczekiwanie na transformację ogórków :)
W tradycyjnych przepisach nie dodaje się innych dodatków poza koprem i czosnkiem, ale oczywiście można wzbogacić smak liśćmi porzeczki lub korzeniem chrzanu.
Finał:
Po dwóch dniach ogórki są lekko ukiszone, mają orzeźwiający smak, pozostały kruche i jędrne. Warto poczekać jeszcze jeden dzień, bo wtedy osiągają klasę Mercedesa :)
Ten prosty, tradycyjny przepis sprawdził się w 100 %.
Smacznego :)
środa, 16 kwietnia 2014
MAZUREK
Odnoszę wrażeniem, że nasza fantazja w kuchni maleje z biegiem lat. Na pewno dotyczy to ciasta, bez którego nie wyobrażam sobie Wielkanocy, czyli mazurka.
Autorka „Kuchni polskiej” Marzenna Kasprzycka w wydaniu z 2002 r. podaje przepisy na
9 rodzajów mazurków. Podczas gdy niezawodna Lucyna Ćwierczakiewiczowa w książce „Jedyne praktyczne przepisy”, zawierającej propozycje ciast, konfitur, likierów, marynat, opisuje 40 rodzajów mazurków. To jest prawdziwe mazurkowe szaleństwo.
Skusił mnie przepis na mazurek z rodzynkami bez ciasta.
Przepis:
Pół funta rodzynków tureckich, pół funta czarnych, drobnych, korynckich, pół funta migdałów sparzonych utłuc i rozcierać z funtem cukru, wsypać ćwierć funta mąki kartoflanej, wlać dobrze ubite cztery jaja i w to wsypać łyżeczkę różnych, jakie kto lubi, tłuczonych korzeni, jak na przykład: cynamonu, goździków, gałki muszkatołowej itp. Wymieszać to wszystko doskonale, ułożyć na grubość dwóch centymetrów i upiec w średnio gorącym piecu.
pół funta = 0,2 kg (w przybliżeniu 1 szklanka)
Przepis nie jest precyzyjny, jeśli chodzi o pieczenie, ja piekłam w piekarniku nagrzanym do 170 stopni przez około 25 min. sprawdzając patyczkiem, czy jest upieczone.
Finał:
Mazurek jest wilgotny, aromatyczny z wyczuwalną słodyczą rodzynek i zapachem cynamonu (dodałam go najwięcej). Spróbowałam kawałeczek, więc żeby zakryć ten uszczerbek dodałam polewę z gorzkiej czekolady, na którą wskoczyły od razu żółte kurczaczki.
Smacznego!
Autorka „Kuchni polskiej” Marzenna Kasprzycka w wydaniu z 2002 r. podaje przepisy na
9 rodzajów mazurków. Podczas gdy niezawodna Lucyna Ćwierczakiewiczowa w książce „Jedyne praktyczne przepisy”, zawierającej propozycje ciast, konfitur, likierów, marynat, opisuje 40 rodzajów mazurków. To jest prawdziwe mazurkowe szaleństwo.
Skusił mnie przepis na mazurek z rodzynkami bez ciasta.
Przepis:
Pół funta rodzynków tureckich, pół funta czarnych, drobnych, korynckich, pół funta migdałów sparzonych utłuc i rozcierać z funtem cukru, wsypać ćwierć funta mąki kartoflanej, wlać dobrze ubite cztery jaja i w to wsypać łyżeczkę różnych, jakie kto lubi, tłuczonych korzeni, jak na przykład: cynamonu, goździków, gałki muszkatołowej itp. Wymieszać to wszystko doskonale, ułożyć na grubość dwóch centymetrów i upiec w średnio gorącym piecu.
pół funta = 0,2 kg (w przybliżeniu 1 szklanka)
Przepis nie jest precyzyjny, jeśli chodzi o pieczenie, ja piekłam w piekarniku nagrzanym do 170 stopni przez około 25 min. sprawdzając patyczkiem, czy jest upieczone.
Finał:
Mazurek jest wilgotny, aromatyczny z wyczuwalną słodyczą rodzynek i zapachem cynamonu (dodałam go najwięcej). Spróbowałam kawałeczek, więc żeby zakryć ten uszczerbek dodałam polewę z gorzkiej czekolady, na którą wskoczyły od razu żółte kurczaczki.
Smacznego!
niedziela, 13 kwietnia 2014
ŚLEDZIE
Nie jestem wielką fanką śledzi, ale dwa razy w roku, przed Wielkanocą i przed Bożym Narodzeniem, nadchodzi ich czas i co najmniej przez jeden dzień panoszą się w kuchni. Który przepis wybrać? Jest ich tyle, że trudno się zdecydować. Zaglądam oczywiście do propozycji Lucyny Ćwierczakiewiczowej, która w książce „365 obiadów” podaje kilka propozycji: śledzie marynowane, śledzie smażone, śledzie z jajkiem, itp.
W Polsce w XIX wieku w czasie postu jadano śledzie przede wszystkim na śniadanie. Lucyna Ćwierczakiewiczowa stwierdza, że śledzie jada się ciągle i rozmaicie: z oliwą, octem i kaparami, z octem i cebulą, ale to wszystko stare sposoby. Najsmaczniejsze są z kartoflami.
Wybieram przepis na majonez ze śledzia na śniadanie:
Doskonałego śledzia, ulika, wymoczyć dobrze na co najmniej 18 godzin, trzymając w chłodnym miejscu, obrać ze skóry i ości, pokrajać w płaskie, nieduże kawałki. Ugotować pięć średniej wielkości kartofli w łupinach, obrać i pokrajać na cienkie plasterki. Utrzeć jedno surowe żółtko z dwoma łyżkami oliwy, odrobiną musztardy i soli, jak zwyczajny majonez. Wziąć mały talerzyk, ułożyć okrągło jedną warstwę śledzia, przykryć warstwą kartofli, posypać pieprzem i kaparami, następnie znowu śledzie i kartofle i tak dalej; utworzy się z tego babka, którą polać majonezem i posmarować boki tak, aby wszystko było tym majonezem pokryte. Z wierzchu ubrać grzybkiem i korniszonami lub galaretką z nóżek i podać na śniadanie.
Przyznam się, że pomysł podania śledzi z galaretką z nóżek i to na śniadanie powoduje dziwny skurcz w moim żołądku i raczej nie podjęłabym takiego ryzyka.
Nie wiem, czy efekt końcowy powinnien tak wyglądać? Ale jeśli chodzi o smak, to jest całkiem niezły, chociaż szału nie ma.
W mojej rodzinie na liście śledziowych przebojów króluje, jako numer 1, przepis, według którego przygotowuję śledzie od kilku lat i żaden inny jeszcze go nie pokonał.
A oto ulubiony przepis:
1/2 kg śledzi matiasów w oleju (najlepiej Lisnera)
1/2 kg cebuli
200 g koncentratu pomidorowego
olej
sól, pieprz,
1/2 łyżeczki majeranku
1 - 2 łyżki miodu
ok. 50 g rodzynek
ok. 50 g śliwek wędzonych
Śledzie moczyć w zimnej wodzie lub mleku ok. godziny. Namoczyć rodzynki. Cebulę obrać i drobno pokroić. Na patelni rozgrzać trochę oleju, usmażyć na nim cebulę, aż zrobi się szklista. Dodać koncentrat pomidorowy. Cebula powinna się nim dokładnie pokryć. Doprawić solą, pieprzem, majerankiem. Przesmażyć kilka minut. Dodać namoczone wcześniej rodzynki (bez wody) i pokrojone śliwki. Przesmażyć przez chwilę i wyłączyć. Poczekać, aż całość przestygnie, dodać miód i dobrze wymieszać. Odsączyć śledzie, osuszyć na papierowym ręczniku. Pokroić na kawałki. Dodać do przygotowanego sosu, wymieszać, ewentualnie doprawić solą i pieprzem. Całość przełożyć do szklanego naczynia, np. słoika, zakręcić. Najlepiej, gdyby śledzie pozostały w lodówce dobę lub dwie i można pałaszować.
Smacznego!
W Polsce w XIX wieku w czasie postu jadano śledzie przede wszystkim na śniadanie. Lucyna Ćwierczakiewiczowa stwierdza, że śledzie jada się ciągle i rozmaicie: z oliwą, octem i kaparami, z octem i cebulą, ale to wszystko stare sposoby. Najsmaczniejsze są z kartoflami.
Wybieram przepis na majonez ze śledzia na śniadanie:
Doskonałego śledzia, ulika, wymoczyć dobrze na co najmniej 18 godzin, trzymając w chłodnym miejscu, obrać ze skóry i ości, pokrajać w płaskie, nieduże kawałki. Ugotować pięć średniej wielkości kartofli w łupinach, obrać i pokrajać na cienkie plasterki. Utrzeć jedno surowe żółtko z dwoma łyżkami oliwy, odrobiną musztardy i soli, jak zwyczajny majonez. Wziąć mały talerzyk, ułożyć okrągło jedną warstwę śledzia, przykryć warstwą kartofli, posypać pieprzem i kaparami, następnie znowu śledzie i kartofle i tak dalej; utworzy się z tego babka, którą polać majonezem i posmarować boki tak, aby wszystko było tym majonezem pokryte. Z wierzchu ubrać grzybkiem i korniszonami lub galaretką z nóżek i podać na śniadanie.
Przyznam się, że pomysł podania śledzi z galaretką z nóżek i to na śniadanie powoduje dziwny skurcz w moim żołądku i raczej nie podjęłabym takiego ryzyka.
Nie wiem, czy efekt końcowy powinnien tak wyglądać? Ale jeśli chodzi o smak, to jest całkiem niezły, chociaż szału nie ma.
W mojej rodzinie na liście śledziowych przebojów króluje, jako numer 1, przepis, według którego przygotowuję śledzie od kilku lat i żaden inny jeszcze go nie pokonał.
A oto ulubiony przepis:
1/2 kg śledzi matiasów w oleju (najlepiej Lisnera)
1/2 kg cebuli
200 g koncentratu pomidorowego
olej
sól, pieprz,
1/2 łyżeczki majeranku
1 - 2 łyżki miodu
ok. 50 g rodzynek
ok. 50 g śliwek wędzonych
Śledzie moczyć w zimnej wodzie lub mleku ok. godziny. Namoczyć rodzynki. Cebulę obrać i drobno pokroić. Na patelni rozgrzać trochę oleju, usmażyć na nim cebulę, aż zrobi się szklista. Dodać koncentrat pomidorowy. Cebula powinna się nim dokładnie pokryć. Doprawić solą, pieprzem, majerankiem. Przesmażyć kilka minut. Dodać namoczone wcześniej rodzynki (bez wody) i pokrojone śliwki. Przesmażyć przez chwilę i wyłączyć. Poczekać, aż całość przestygnie, dodać miód i dobrze wymieszać. Odsączyć śledzie, osuszyć na papierowym ręczniku. Pokroić na kawałki. Dodać do przygotowanego sosu, wymieszać, ewentualnie doprawić solą i pieprzem. Całość przełożyć do szklanego naczynia, np. słoika, zakręcić. Najlepiej, gdyby śledzie pozostały w lodówce dobę lub dwie i można pałaszować.
Smacznego!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

































